Od dawna bombardują nas złe wiadomości. Mam na myśli wiadomości codzienne, te z dzienników i z gazet. Recesja u południowego sąsiada, rekordowe ceny ropy, rysujący się coraz wyraźniej kryzys żywnościowy - wszystko to dokłada się do ciemniejącego obrazu sytuacji ogólnej, na stale i od dawna już obfitującej w niepokojące wydarzenia. Nawet poniedziałkowa wygraną miejscowych gladiatorów na łyżwach, czyli potencjalnie dobra wiadomość dla tych, dla których hokej ma jakieś znaczenie, a więc nawet ta wygrana nabrała smutnych kolorów, gdyż rozentuzjazmowani “kibice” wylegli po meczu na ulice i zaczęli regularną demolkę w centrum Montrealu. Jednym słowem: nie ma powodów do radości. Nie ma ich tym bardziej, że przecież gra będzie toczyć się dalej, aż do finału, jeśli oczywiście Canadiens zajdą tak daleko. Ale jeśli zajdą, to aż strach pomyśleć o tym, co będzie jak wygrają oni Puchar Stanley’a, skoro już po pierwszym etapie eliminacji “kibice” urządzają zadymy z radości. Czy miasto legnie w gruzach ? - nie wiem. Zobaczymy.
Dlaczego piszę o tym wszystkim ? Otóż poniedziałkowe awantury na ulicach Montrealu ukazały kilka nowych niebezpieczeństw, jakie obecnie czyhają na urządzających zadymy w miejscach publicznych. Dziś, w dobie wszędobylskich komórek wyposażonych w kamery video i foto, w dobie small-kamer Big-borthera nadzorujących porządek publiczny, trudno jest prześlizgnąć się niezauważonym gdy rozbija się witrynę, niszczy “koguty” na dachach radiowozów, czy podpala się samochody. Każdy rejestruje każdego, a na dodatek obrazki te lądują natychmiast na you-tubach, gdzie każdy może je obejżec. Również policja. Dzięki takiemu zbieraniu materiału dowodowego udało się już zatrzymać kilkunastu poniedziałkowych chuliganów.
Problem jednak polega na tym, że nie wszystkie filmiki to materiał wysokiej jakości. Wysoką jakość materiału zapewniają dopiero profesjonalne kamery ekip telewizyjnych, które oczywiście były wszechobecne na miejscu poniedziałkowych awantur i rejestrowały zdarzenia oraz stojących za nimi ludzi, a wszystko w HD, a wszystko po to, żeby pokazać potem w dzienniku. Bo ludzie muszą widzieć. Tak twierdzą media.
I teraz policja, wyposażona w odpowiednie kwity z sądu, zażądała od mediów wydania nagrań celem użycia ich jako materiał dowodowy. Natychmiast podniósł się zjednoczony ryk oburzonych redakcji, które z miejsca wsiadły na wysokie konie ochrony wolności publikatorów, ich neutralności, kredytu zaufania u publiczności, i w ogóle ochrony podstaw państwa demokratycznego, które to podstawy gwarantują wolne media. Zgoda: gwarantują. Ale…
Nie wiem, czy cokolwiek zwalnia od wydania materiału dowodowego świadka wydarzenia. Znaczy się istnieją sytuacje, które zwalniają, jak np. zachowanie tajemnicy zawodowej przez adwokatów czy tajemnicy spowiedzi przez kapłanów. Kodeks postępowania karnego podaje szczegółowy katalog i są to sytuacje powszechnie przyjęte. Teraz media uzurpują sobie podobne prawo twierdząc, że jeśli udostępnią policji posiadane nagrania, to nadużyją one tym samym zaufanie, jakim społeczeństwo darzy media.
Pomijąc kwestię tego, czy i jakim zaufaniem cieszą się media, zagadnieniem zasadniczym jest dowolne interpretowanie swej roli przez czwartą władzę, interpretowanie oparte na zniekształceniu (moim zdaniem celowym) rzeczywistości. O ile adwokat czy ksiądz nie uganiają się za osobą powierzającą im dobrowolnie sekrety swych poczynań, o i ile w przypadku tych dwóch przykładowych grup charakter tajemnicy łączącej dwie strony nie podlega żadnej relatywizacji, o tyle media, goniąc za sensacją, po pierwsze: gonią jednocześnie za “klientem”, i jeśli trzymać się dalej używanej przez media analogii, to często stają się one posiadaczami cudzych sekretów bez zapytania się uprzednio o zgodę oraz o warunki upowszechniania nabytej w ten sposób wiedzy faktycznej, a po drugie zaś media żyją z ujawniania cudzych sekretów, i to żyją bardzo dobrze, utrzymując, że to jest właśnie ich rola: publiczne oko i ucho. Innymi słowy media stają się świadkiem jak każda inna osoba mająca nieszczęście znaleźć się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie, i zaobserwować coś ważnego i brzemiennego w konsekwencje. Oczywiście, w przypadku mediów, tego typu fatalizm nie stosuje się z uwagi na metodologię ich działania, co tym bardziej nie zwalnia mediów z obowiązku podzielenie się posiadaną wiedzą, zwłaszcza jeśli nie została ona zdobyta w sytuacji opartej na wzajemnym zaufaniu stron, gdyż i takie sytuację mają przecież miejsce przy wykonywaniu zawodu dziennikarza (np. stosunki reporter - informator, jak to było w przypadku ujawnienia afery Watergate). Media mają rolę publiczną do spełnienia i w skład tej roli nie wchodzi ochrona zarejestrowanych na taśmie działań pospolitych chuliganów, kiedy nagrania te mogą posłużyć jako materiał dowodowy w śledztwie. Innymi słowy: nie można do swej roli publicznej pochodzić sposób asymetryczny: my, media mamy prawo domagać się informacji do wszystkich, z policją włącznie, ale nikt nie ma prawa domagać się tego samego od mediów.
Opisane powyżej zjawisko stanowi dla mnie kolejną złą wiadomość. Bardzo złą wiadomość. Oto rośnie nowy podmiot uzurpujący sobie uprzywilejowaną rolę w społeczeństwie demokratycznym i opartym na zasadach obywatelskich. I w dodatku podmiot ten bierze na siebie rolę strażnika demokracji i swobód obywatelskich. Rolę, której chyba nie rozumie w pełni…

zdjęcie: http://www.citynoise.org/article/8035