Doda ?

2 lipiec 2009 by jacobsky

Po powrocie z najnowszej podróży do kraju próbuje oczywiście uporządkować moje wrażenia, ale przede wszystkim staram się jakoś zdefiniować mój stosunek do współczesnej Polski. Nie jest to zadanie łatwe. W końcu interesuję się na bieżąco, niemal na żywo sprawami polskimi, a więc mój stosunek do Polski z pewnością nie jest obojetny. Jestem pełen podziwu dla zmian, jakie zachodzą w Polsce, a więc jest to stosunek bardzo pozytywny. Jednocześnie dostrzegam jak wiele jest wciąż do odrobienia w stosunku do innych krajów Europy, jednak daleko mi do namolnego krytykanctwa, zwłaszcza że jestem świadom – i pamiętam – jakie były podstawy wyjściowe przemian ostatnich 20 lat. Nie jest to zatem stosunek negatywny, ale raczej podejście pełne zrozumienia i w sumie podziwu dla wszystkich, którzy codziennie borykają się z Polska 2009.

Ale to wszystko są detale. Jak jednak określić w sposób globalny mój stosunek do kraju ? Wydaje mi się, że najlepiej pasuje tutaj dość proste, ale jakże nośne porównanie współczesnej Polski do niezłej, atrakcyjnej, mocno odlotowej laski, która owszem – bardzo mi się podoba i która mnie pociąga, ale co do której jestem pewien, że nic by nie wyszło z jakiejkolwiek próby trwałego pożycia. Polska dzisiejsza jest niewątpliwie atrakcyjna, ale ja do niej nie pasuję. Mogę ja sobie podglądać na codzień (oczywiście nie w znaczeniu tabloidalnym), a nawet spędzić z nią parę miłych chwil raz na jakiś czas, ale to wszystko.

Co chcę przez powyższe stwierdzić to fakt, iż mentalnie chyba stałem się Kanadyjczykiem aż po wnętrzności: z lekka rozleniwionym jako taką stabilizacją, północno-amerykańską normalnością (o ile taka istnieje), ale z pewnością rozleniwiony przewidywalnością, jaka wynika z tutejszych warunków i stylu życia. To oczywiście bardzo wygodne żyć w takich warunkach, ale…

Taaa… Polska jest trochę jak Doda (co nie znaczy, że akurat ona mi się podoba i mnie pociąga) lub jak każda inna gwiazdeczka z Gali czy z Vivy,  zaś Kanada to nasza “stara”: też zadbana, ale inaczej, bardziej po papilotowemu niż po dodowemu. Na Dodę lub inną gwiazdeczkę miło jest popatrzeć, ale i tak wiadomo, że mieć jej nie będę, już choćby dlatego, że wystarczy tylko wyobrazić sobie codzienne życie z kimś pokroju Dody żeby z niejaką ulgą wracać do poczciwej, przewidywalnej do bólu “starej”. Czyli do Kanady.

I dlatego chylę czoła przez wszystkimi, którzy Polskę – Dodę mają na codzień. To moja pierwsza impresja z Polski.

CDN

Doda
Remigiusz Józefowicz.
To zdjęcie jest udostępnione na licencji
Creative Commons Uznanie Autorstwa

Izo-utopieni

13 czerwiec 2009 by jacobsky

Jest takie miejsce w Kanadzie, które nazywa się Chalk River (Ontario). Znajduje się tam reaktor atomowy, o którym jest bardzo głośno ostatnio.

Każdy z nas (czego nikomu nie życzę) może być kiedyś zmuszonym poddać się badaniom przy użyciu izotopów. Nie trudno sobie wyobrazić okoliczności związane z takim badaniem. I dlatego nikomu nie życzę, aby taka konieczność zaistniała. Izotopy stosowane są do różnych celów, począwszy od diagnostyki, a skończywszy na terapii. Ich produkcja ma miejsce z reguły w reaktorach atomowych, i właśnie dlatego Chalk River jest miejscem tak ważnym nie tylko w Kanadzie czy w Ameryce, ale ważnym dla całego świata. Reaktor w Chalk River zaspokajał ok. 30-40% światowego zapotrzebowania na izotopy stosowane w medycynie i w badaniach. Celowo pisze “zaspokajał”, bo z przyczyn technicznych reaktor, o którym mowa stoi, a wraz z nim produkcja izotopów.

Izotop to produkt, którego nie da się składować na zapas. Połowiczny czas rozkładu tych substancji (maksymalnie krótki w przypadku izotopów stosowanych w medycynie) sprawia, że dla normalnego funkcjonowania oddziałów onkologii czy rentgenologii niezbędne jest słale, niczym nie zakłócone dostarczanie świeżych izotopów, jeszcze gorących, można powiedzieć. Awaria kanadyjskiego reaktora, druga w ciągu ostatnich paru lat sprawia, iż wiele szpitali stanęło przed poważnym problemem, a wraz ze szpitalami: pacjenci – pacjenci, dla których w ciągu następnych dni czy tygodnia miało się rozstrzygnąć, czy raz już zaleczony rąk wrócił, czy też mogą oni spać spokojnie. Szpitale stają na głowie, żeby zdobyć potrzebne im izotopy, ale dziura o rozmiarach 40% procent produkcji światowej nie jest tak łatwa do załatania natychmiast przez inne kraje.

Kanada, złotymi ustami naszego premiera zapowiedziała, że wraz z końcem żywotności reaktora Chalk River wycofa się z międzynarodowego podziału pracy w dziedzinie produkcji izotopów. Oczywiście stoją za tym względy finansowe. Gdzieś padła liczba 500 min dolarów jako koszty utrzymania produkcji w Chalk River, i jako usprawiedliwienie decyzji rzadu. Nie wiem, czy to usprawiedliwienie wystarczy. Nawet jeśli istnieją inne metody produkcji izotopów (a istnieją, np. przyspieszacze cząstek), to czy będą one w stanie pokryć niedobór spowodowany wygaszeniem reaktora w Chalk River ? A swoja droga, skoro dziś premier Kanady tłumaczy, że przecież reaktora atomowego nie buduje się z miesiąca na miesiąc, to czy – z uwagi na międzynarodowe zobowiązania Kanady w dziedzinie produkcji izotopów – nie można było przewidzieć albo budowy następcy liczącego ponad 50 lat reaktora, albo scedować produkcję komuś innemu w sposób płynny i bezbolesny ? To w końcu pacjenci cierpią z powodu braku izotopów i rządzącym Kanadą życzę, żeby i oni nie znaleźli się w kolejce oczekujących na dostawe.

PS. Jadę do Polski na dwa tygodnie, a więc do końca czerwca przerwa w dostawach PAPKI. Już wiecie z kogo biorę przykład…

Chalk_River_Labratoriesphoto: wikipedia

Bixi

10 czerwiec 2009 by jacobsky

Montreal dorobił się systemu bixi. Wtajemniczeni z Europy pewnie wiedzą o co chodzi: popularny samoobsługowy system publicznych rowerów do wynajęcia. Jednak na kontynencie amerykańskich bixi to nowość i Montreal jest pierwszym miastem, które wzbogaciło swój system transportu publicznego o rowery.

Ponieważ nie mieszkam w samym Montrealu, ale na jego przedmieściach, które są odrębną strukturą administracyjną, a więc “u mnie” bixi nie ma. Poza tym mam swój rower, którym jeżdżę wszędzie, w tym i do pracy, tak więc nie potrzebuję roweru publiczengo. Nie mniej dla tych, którzy nie mają wyboru, bixi stanowi ciekawą opcję. Wynajem roweru kosztuje 5 dolarów na dzień, ale można też wykupić abonament (miesięczny, roczny), zaś jego koszt w jakiś sposób obniża koszt miesięcznej karty użytkownika transportu publicznego. Bo to jest właśnie idea systemu zintegrowanego: z roweru do metra, z metra do autobusu, z autobusu na rower, jeśli tylko zajdzie potrzeba. Z tym ze bixi dostępne są tylko w obrębie szerzej rozumianego centrum miasta.

Oczywiście rower również wymaga infrastruktury. W Montrealu coraz więcej jest ulic, na których wytycza się ścieżki rowerowe, i w sumie działa to bardzo dobrze, gdyż kierowcy są na ogół kurtuazyjni wobec rowerzystów. Bardziej kurtuazyjni niż rowerzyści dla kierowców, gdyż ci pierwsi wymuszają często pierwszeństwo, nie przestrzegają czerwonego światła, jeżdżą pod prąd. Na szczęście obywa się bez poważniejszych wypadków.

Bixi już się przyjął. Jednak jak będzie to działać w zimie ? – nie wiem. Chyba nie będzie, gdyż z uwagi na akumulację śniegu i konieczność mechanicznego oczyszczania ulic, stanowiska z rowerami będą prawdopodobnie usunięte po określonej dacie (z reguły po 15 listopada), aż do wiosny.

Przy okazji inauguracji bixi pojawił się w Internecie flog, czyli fałszywy blog założony w celach marketingowych. Na flogu tym fikcyjne postacie wpisują swoje entuzjastyczne opinie o bixi. Ponoć flogi to w tej chwili dość powszechna forma oddziaływania na konsumenta. Nie wydaje mi się jednak, żeby w przypadku bixi flog był rzeczywiście konieczny. Montreal to miasto rowerów, dość intensywnie uprawianych tym bardziej, że przecież sezon nie trwa tutaj cały rok.

le-debut-du-bixi

Home

7 czerwiec 2009 by jacobsky

Wczoraj obchodzony był Międzynarodowy Dzień Środowiska : World Environment Day, czyli WED.

Dlaczego pisze o tym dzisiaj ? Dlatego że wczoraj oglądałem wyemitowany na te okazję film pt.  Home, autorstwa Yanna Arthus-Bertranda. YA-B jako fotograf zasłynął cyklem zdjęć z lotu ptaka, które to zdjęcia objechały świat i ukazały się w niezliczonych publikacjach, począwszy od kalendarzy, a skończywszy na książkach z serii 365 Dni, gdzie każdy dzień ilustrowany jest pięknym zdjęciem (wciąż z lotu ptaka) jednego z uroczych zakątków Ziemi.

Film Home to w sumie diaporama złożona z ujęć, do których YA-B zdołał już nas przyzwyczaić. Co nie znaczy znieczulić na ich wyjątkowe piękno graficzne. Oglądając zdjęcia lub ujęcia firmowane przez YA-B nie sposób nie zachwycać się pięknem Ziemi, czy to w postaci uroku natury, czy też w formie uderzającego, specyficznego piękna dzieł ludzkich rąk i pomysłowości.

Oczywiście ładne obrazki to nie wszystko. Film Home opowiada o nas i wpływie naszej cywilizacji na środowisko. Nie, pokazany wczoraj obraz nie stanowi jednego wielkiego, ilustrowanego aktu oskarżenia. YA-B jest wyjątkowo powściągliwy w opiniach i pozwala, żeby fakty mówiły same za siebie. Wszyscy je znamy: 20% ludzkości konsumuje 80% zasobów naturalnych, 1 mld ludzi nie ma dostępu do wody pitnej, tyle a tyle procent żyje poniżej granicy obóstwa. Jednak najważniejszym z przekazów filmu Y-AB jest ten o prawdopodobnych konsekwencjach dalszego podążania ścieżką wytyczoną przez pogoń za ciągle wyższym i niczym nie ograniczonym wzrostem: gospodarki, konsumpcji, i… No wlaśnie.

W XIX wieku Gauguin zadał słynne pytania dotyczące każdego z nas z osobna i ludzkości jako całości:  skąd przybywamy ? Kim jesteśmy ? Dokąd zmierzamy ? Na pierwsze dwa pytania można sobie dość łatwo odpowiedzieć, aczkolwiek każda z odpowiedzi będzie inna. Ostatnie pytanie to wielka niewiadomą a odpowiedź zależy od nas samych, w tym od uczciwego zdefiniowania kim tak naprawdę jesteśmy my, każdy z nas, my jako gatunek, my jako cywilizacja.

Yann Arthus-Bertrand twierdzi, że wciąż nie jest za późno. Zgadzam się w pełni. Coraz więcej z nas zdaje sobie dokładnie sprawę z tego, kim jesteśmy i dokąd zmierzamy przy obecnym stanie rzeczy. Coraz więcej osób nie akceptuje tego stanu rzeczy.

Wczorajszy kim pokazano nie tylko w TV, ale również na pokazach publicznych w wielu miastach. W Quebeku przyszło nań ponoć sporo ludzi. Takie filmy dobrze przeżywa się wspólnie.

W końcu na pytania Gauguina też musimy sobie odpowiedzieć wspólnie.

Film Home dostępny jest w sieci. Polecam.

Pytanie

4 czerwiec 2009 by jacobsky

Zupełnie przez przypadek trafiłem w zeszłym tygodniu na film dokumentalny o tym, jak projektowano i budowano Airbusa A380. Oczywiście zbieżność emisji z poniedziałkową katastrofą jest zupełnie przypadkowa: kto mógł w sobotę przewidzieć, że w niedzielę spadnie do oceanu samolot Air France ?

Na filmie pokazano w jaki sposób rozwiązywano wyzwania inżynieryjne stojące przed projektantami i konstruktorami, jakich nowych metod spróbowano, żeby A380 mógł nie tylko wznieść się w powietrze, ale jeszcze żeby był oszczędniejszy w zużyciu paliwa niż zwykły samochód osobowy (w przeliczeniu na kilometr i na przewieziona osobę). Istne cudo inzynierii.

Kiedyś podobny film nakręcono o Boeingu 777, od pierwszej koncepcji aż po pierwszy lot homologacyjny. Nawet deski ustępowe ulepszono, bo pasażerowie skarżyli się na to, że – z uwagi na cienkość przepierzeń w samolotach – ilekroć deska spadnie na muszlę, tylekroć wszyscy to słyszą, co może krępować. W związku z tym zastosowano amortyzator, który wyhamowywuje deskę i delikatnie opuszcza ją do położenia “roboczego”.

Od kilku dni słuchamy wieści o poszukiwaniach najpierw śladów katastrofy, potem szczątków samolotu, aż wreszcie o poszukiwaniach “czarnych skrzynek”. Te ostatnie wysiłki mogą okazać się bezowocne, gdyż w miejscu katastrofy ocean jest głęboki, a dno bardzo urozmaicone. “Czarne skrzynki” są natomiast istotne dla wyjaśnienia przyczyn katastrofy – niestety, ale często właśnie w ten sposób inżynierowie dowiadują się o tym, co pominęli przy projektowaniu lub w instrukcji przeglądu samolotu. Bez rejestratorów lotu katastrofa idzie na marne w tym sensie, że nie będzie można uniknąć podobnych wypadków w przyszłości, jeśli oczywiście przyczyna katastrofy jest natury technicznej.

Pisze o tym dlatego, że przy tych wszystkich cudach inżynieryjnych, w jakie wyposażone są nowoczesne samoloty, przy tych kompozytach, komputerach, GPS-ach, hi-tek deskach klozetowych itp, dlaczego nikt nie wpadł na pomysł, żeby zrobić pływające “czarne skrzynki” ? Skoro tobogany ewakuacyjne czy nawet kamizelki ratunkowe w samolocie nadmuchują się niemal samoczynnie, to czemu nie można wyposażyć w podobny system rejestratorów lotu ? Ot, nadmuchujący się pod wpływem kontaktu z wodą pływak, który wyniesie bliżej powierzchni lub na powierzchnię to, na szukanie czego poświęca się tyle czasu i środków, często bezowocnie, gdy nie znajdzie się “skrzynek” przed wygaśnięciem sygnału naprowadzającego.

Proste jak… deska klozetowa ?

Osobisty

15 maj 2009 by jacobsky

Dziś minęło 20 lat od mojego przyjazdu do Kanady. Przeleciało szybko, treściwie, ale normalnie, z dołkami i wzlotami, z momentami chwalebnymi oraz dającymi mniej powodów do zadowolenia. Gdyby mnie tego pamiętnego dnia zapuszkowali na dożywocie, to dziś miałbym już prawo ubiegać się o warunkowe zwolnienie przedteminowe. Życie na wolności nie przewiduje jednak takiej instytucji, życie na emigracji z reguły również, szczególnie wobec tych, którzy zapuścili korzenie na obczyźnie, obrośli tutejszością, i dla których codzienność polska  – nie polityka, ale właśnie życie codzienne w Polsce stało się życiem w obcym w sumie kraju.

Nie myślę już o powrocie tak, jak myślałem o tym kiedyś, na początku. Bo na początku zawsze jest ciężko i wtedy jeszcze bardziej ckni się za domem. Potem to mija – życie codzienne to jednak najlepszy lekarz na nostalgię, o ile oczywiście życie wnosi coś na tyle wartościowego, żeby odwrócić naszą uwagę od przeszłości i teraźniejszości w Polsce. Nie mniej mija parę dobrych lat, żeby przy kolejnym powrocie z odwiedzin w Polsce, kiedy wsiadamy do samolotu lecącego za Atlantyk, do Ameryki, nagle ogarnęło nas uczucie, że oto wracamy do domu – uczucie, które do tego momentu towarzyszyło nam zawsze, kiedy wsiadaliśmy do samolotu lecącego do Europy.

W ogóle przestałem chyba myśleć o powrocie do Polski. Za miesiąc lecę znowu do Starego Kraju, ale jeśli myślę przy tej okazji o powrocie, to jest to raczej rozmyślanie o tym, co mnie czeka tutaj, po powrocie z podróży.. I dobrze. Tak powinno być. Dzięki internetowi i tak żyjemy za bardzo w dwóch światach jednocześnie, gdy tymczasem nasze życie realne ma miejsce tylko tutaj, w moim przypadku: w Kanadzie.

Nie żałuję tych 20 lat, ale też gdybym jeszcze raz miaxstanąć przez decyzją wyjazdu z Polski na stałe, zwłaszcza na inny kontynent, to chyba bym nie wyjechał. Z uwagi na ten cholerny dystans, logistykę związaną z każdą podróżą (i z kosztami…), i w ogóle z uwagi na tzw. całokształt. Ale cóż, żyje się raz, odwołania od raz podjętych decyzji nie ma, a każda następna, podjęta po to, żeby anulować skutki poprzedniej decyzji może okazać się jeszcze gorsza. I dlatego szykuję się na następne 20 lat, a może i więcej, choć to nie tylko ode mnie zależy…

Powiastka

8 maj 2009 by jacobsky

W końcu dotarła i do mnie. Mowa o grypie. Nie dotarła osobiście, w formie choroby, lecz jako powiastka administracyjna rozesłana do wszystkich pracowników college’u.

A więc administracja śledzi pilnie rozwój sytuacji przypominając jednocześnie, że trzeba myć często ręce, unikać czułych przywitań z uściskami i ucałowaniami (Quebek, podobnie jak Francja, ale trochę mniej niż ta ostatnia, jest bezbronny na odcinku powitań i “dubeltówka” jest tutaj dość powszechnie stosowania na powitanie, co może sprzyjać rozprzestrzenianiu się ewentualnej pandemii). Należy również kichać “do łokcia”, a nie do ręki, jeśli nie ma się chusteczki pod ręką, aby zasłonić twarz. Nie należy natomiast kozaczyć i przychodzić do pracy jeśli zauważymy u siebie objawy grypowe, szczególnie w towarzystwie gorączki powyżej 38 stopni. Mowa jest też o maskach jeśli przyjdzie pracować w okresie pełnego rozwoju epidemii. W tym kontekście administracja zapewnia, że opracowany został plan awaryjny określający zakres działania placówki w sytuacji dramatycznego wzrostu zachorowań na grypę lub pogorszenia sytuacji na odcinku powikłań związanych z chorobą.

Jak dotąd Quebek stwierdził 3 przypadki zachorowania na grypę A/H1N1. Wszystkie trzy dotyczyły osób albo powracających z Meksyku, albo żyjących z kimś, kto wrócił z tego kraju – kraju szczególnie odwiedzanego na początku wiosny przez poszukujących słońca i ciepła tropikow. Po dwóch tygodniach grypa zeszła z czołówek doniesień prasowych, choć dziś czy wczoraj podano, że jedna osoba chora na tę grypę właśnie zmarła.

Muszę przyznać, że na początku tej całej historii miałem trochę pietra w tym sensie, że  – jako wykształcony w dziedzinie mikrobiologii/wirologii rozumiem sens zagrożenia, jakie przychodzi z wirusem jak A/H1N1. Teraz jestem trochę spokojniejszy (w końcu idą wakacje…), ale nie oznacza to, że ewentualna pandemia tak szybko zniknie jak się pojawiła. Niestety, jeszcze nie wszystkie karty został rozegrane przez A/H1N1 i wirus ten wciąż trzyma całkiem sporo atutów “przy orderach”. Dlatego też powiastka administracyjna ma według mnie sens oraz szerszą rację bytu niż tylko i wyłącznie kontekst grypy. W końcu kichanie w sposób bezpieczny czy częste mycie rąk przebywając w miejscach publicznych nikomu nie zaszkodziło, a już szczególnie nie zaszkodziło publicznemu bezpieczeństwu zdrowotnemu.

25732242

Kapitalizm

5 maj 2009 by jacobsky

Jakiś czas temu, przy okazji podziału mienia, sprzedaży domu itp. kupiłem kuchnię. Potrzebowałem, bo w mieszkaniu, które wynająłem nie było. W Ameryce bardzo często kupuje się albo dwa graty (kuchnia i lodówka), albo cztery, jeśli potrzeba (kuchnia, lodówka, pralka i suszarka). Deal był jaki był: bez odsetek, rozłożone na 18 rat, z dostawą do domu. Ani się nie targowałem, ani nie latałem po całym mieście, żeby zbić z ceny 20 czy 30 dolarów.

Praszło sorok liet… no może nie tyle ! Minęły dokładnie 4 lata, a więc prawie trzy razy tyle, co okres spłat ratalnych. Innymi słowy kuchnia już jest dawno spłacona, a nawet sprzedana, co było konieczne z uwagi na fakt, że MOK (dla przypomnienia: Moja Osobista Kanadyjka) też była w pełni wyposażona na tym odcinku. I byłbym zapomniał o całej sprawie gdyby nie fakt, że płacąc ostatnia ratę nadpłaciłem. Nadpłaciłem dokładnie 1,12 CAD. Innymi słowy kredytodawca jest mi winien. I co z tego ? – można zapytać. Kto o zdrowych zmysłach dopominałby się o spłatę takiej kwoty ? Ja w każdym razie nie dopominałbym się, choć być może powinienem, bo to ja jestem wierzycielem. Tyle ze mój dłużnik jest bardziej pro-aktywny ode mnie i nie daje mi zapomnieć o wiążącej nas wierzytelności. Każdego miesiąca dostaję od niego rachunek na dwie strony, na którym widnieje, że mam u niego 1,12 dolara kredytu.

Nie wiem ile kosztuje obsługa mego konta. Pewnie grosze. Wiem za to, że każdego miesiąca mój dłużnik wydaje 65 centów na opłatę pocztową plus pewnie centa na papier, i tak od prawie od dwóch lat. Nie chce mi się liczyć, ale na te przypominanie się dłużnik musiał już wydać ok. 15 dolarów. To oczywiście pestka dla dłużnika – poważna instytucja kredytowa obsługująca poważny sklep meblowy, ale…

Pisze o tym stale przypominając sobie, w jakim to zaklętym świecie żyłem w peerelu, gdzie jedną z wiodących bajek była ta o niesamowitej wydajności, skuteczności i racjonalności kapitalizmu, oczywiście w zestawieniu z socjalizmem. Nie twierdzę, że cały kapitalizm jest jak mój nieszczęsny dłużnik, ale też dziś, kiedy jesteśmy obowiązkowymi widzami degrengolady instytucji finansowych, historyjka jak moja, choć to tylko kropelka z oceanu pieniędzy wyparowanych/wpompowanych w finanse, nabiera zupełnie innego sensu.

Nie będę ingerował w działanie mego dlużnika. Widać jeszcze nie dobił do dna, orkiestra wciąż gra na pokladzie. Oby jak najdłużej, czemu nie ? Tylko skąd to żałosne wycie syren, które nas ogłusza od jesieni ?

Dzień Polonii

2 maj 2009 by jacobsky

Dzień Polonii. Tak chce oficjalny kalendarz. Jak wygląda dzień Polonii w Montrealu ? Nie Dzień przez duże “D”, ale po prostu zwykły dzień Polonii ?

Akurat w tym roku wypadło na sobotę, a więc dla tych, którzy uważają to za konieczne sobota rano oznacza polską szkolę sobotnią. Takich jest kilka w Montrealu, w tym jedna o statusie szkoły uznanej przez polski MEN, a prowadzona przy konsulacie RP. Pozostałe szkoły społecznościowe mają na celu po prostu zapoznanie z Polską dzieci urodzonych tutaj, czasem z małżeństw mieszanych, gdzie język polski nie koniecznie jest pierwszym językiem używanym w domu. Nauczyciele to oczywiście społecznicy, a więc z poziomem bywa różnie, lecz chyba nieźle, gdyż nie słyszałem o tym, żeby jakiś uczeń nie zdał z klasy do klasy.

No a jak polska szkoła sobotnia, to koniecznie z pączkami z polskiej piekarni. Tych jest chyba ze dwie, w tym jedna, Wawel, całkiem rozbudowana, z siecią sklepów w całym Montrealu. Zresztą sobota to i tak dzień intensywnych zakupów w tzw. polskich sklepach (a.k.a. “kiełbasiarnie”): od prasy i chleba poprzez importy z Polski, aż po polskie wędliny lokalnej produkcji. Jeśli zakupy wypadają po południu, to można w samochodzie przy okazji posłuchać polskiej audycji radiowej – dwie godziny w wykonaniu lokalnego zespołu. Jest też polska telewizja (chyba pół godziny tygodniowo – nie wiem, nie oglądam).

Maj, nawet jego drugi dzień to oczywiście nabożeństwa okolicznościowe w polskich kościołach, a także przygotowanie do pierwszej komunii, często odbywane grupowo, według przynależności do szkoły sobotniej. Polska formuła pierwszej komunii nie ma granic i w Montrealu komunię obchodzi się tak samo hucznie i uroczyście jak w kraju. Kwestia gustu.

A wieczorem zwykle zajęcia domowe, indywidualne albo w grupach, np. polska TV z satelity, polski film z wypożyczalni . Jeśli chodzi o imprezy polonijne, to w tym roku, 2 mają mamy do wyboru albo koncert chóru, albo bał 3-majowy.

I tak wygląda dzień Polonii montrealskiej w Dzień Polonii.

Po prostu Dzień jak codzień…

1 maja – reaktywacja

1 maj 2009 by jacobsky

Pierwszy maja… czemu nie spróbować reanimacji akurat w Święto Pracy ?
Zwłaszcza, że jest to święto, którego tutaj nie obchodzimy, a więc 1 maja to dzień jak codzień ?

Nie mniej 1 maja ma Quebeku wpływ na sytuację klasy robotniczej, i to tej najmniej zarabiającej. Tradycyjnie już, z dniem 1-go maja rząd podnosi wysokość płacy minimalnej. Od dziś wynosi ona 9 dolarów brutto za godzinę . Po odliczeniu podatków wyjdzie gdzieś ok. 6,5 dol. do ręki. Nie jest łatwo wyżyć za takie pieniądze w Montrealu, gdzie wszystko jest dość drogie w porównaniu z resztą Quebeku. Wiele osób zarabiających minimum ledwo wiąże koniec z końcem, zasilając klientelę banków żywnościowych i innych jednostek charytatywnych, których zadaniem jest wspomaganie najmniej uposażonych. To dość nowe zjawisko w obserwowanej obecnie skali: pracujący, ale żyjący na poziomie minimum socjalnego. Niektórzy twierdzą, że już lepiej jest przejść na zasiłek socjalny (ok. 600 dol. miesięcznie, jeśli z dziećmi, to wtedy łatwo zasiłek przekracza 1000 dol.), dorobić trochę “na czarno”, ale zachować przywileje idące z socjalem, takie jak np. bezpłatna opieka dentystyczna (oczywiście w wymiarze podstawowym i niezbędnym, a nie np. protetyka kosmetyczna) czy leki. Wiele osób pracujących za minimum musi dojechać do pracy, czy to transportem publicznym (koszt karty miesięcznej – ok 80-120 dol., w zależności od strefy), czy samochodem (autobus nie dowozi wszędzie), jeśli takowy posiadają. A koszta utrzymania samochodu są jeszcze wyższe niż koszt karty miesięcznej. Plus ubranie, jedzenie związane z pracą, no i, dodatkowo, normalne koszty utrzymania, które ostatnio poszły ostro w górę, co widać np. po cenie koszyka z jedzeniem.

Nigdzie nie jest łatwo wyżyć z minimum płacowego. Kiedy dwadzieścia lat temu przyjechałem do Quebeku, minimum płacowe wynosiło 4,25 dolara za godzinę. Tak, oczywiście, że przez jakiś czas i ja zarabiałem minimum, bo zanim się człowiek nie zorientował i nie znalazł czegoś lepiej płatnego, to z czegoś trzeba było żyć. I owszem, dało się wyżyć, ale było ciężko. Wtedy pensja 9 dolarów za godzinę wydawała mi się luksusem, a kiedy znalazłem coś za trochę więcej niż 9 dolarów, to wydawało mi się, że złapałem boga za nogę, a przynajmniej za duży palec od nogi. Dziś owe 9 dolarów to minimum, z którego również trudno wyżyć jak wtedy za 4,25 dol. za godzinę. O czymś to świadczy, tylko ciągle nie wiem o czym. W końcu nie jestem ekonomistą, ale trybikiem w machinie ekonomicznej, głupcem, któremu ciągle krzyczą do ucha “Ekonomia, głupcze !” No i… ?

1maja1