Remanenty

maj 10, 2008 by jacobsky

To, co nazywamy grzechem u innych jest tylko eksperymentem, jeśli chodzi o nas samych.

W większości przypadków, na moralne zgorszenie składa się 2% moralności, 48% zgorszenia i 50% zazdrości.

Bawię się dziś w cytaty, gdyż szukając czegoś na półce wpadła mi do ręki libertariańska książka pt. “Ain’t Nobody’s Business If You Do: The Absurdity of Consensual Crimes In a Free Society” (w (po)wolnym tłumaczeniu: “Nawet jeśli to zrobisz, to nikomu nic do tego: o absurdalności karania w wolnym społeczeństwie czynów wynikających z przyzwolenia obydwa stron” - może ktoś przetłumaczy to lepiej, bo ja zaciąłem się na consensual crimes, choć wiem, o czym mowa, i tylko nie potrafię ująć tego zgrabnie po polsku) . Książka o tym, jak powinien wyglądać kraj wolnych obywateli (?).

Nie mam w tej chwili czasu na czytanie tej książki (koniec semestru, egzaminy, korekty), ale na każdej stronie, w stosownym okienku jest cytat. Książka ma 788 stron bitego tekstu, i jest z czego wybierać. Jak na przykład ten cytat: moralność prawa jest z reguły kwestią tego, kto definiuje moralność jako taką. I mój ulubiony (który zapamiętałem z pierwszego, pobieżnego kontaktu z tą książka):

Co będzie jak puścisz nagranie piosenki country do tyłu ?
Wróci do ciebie dziewczyna,
odnajdzie się twój pies, odzyskasz swojego pick-up’a i przestaniesz pić.

To ostatnie szczególnie przeraża…

Filmowcy

maj 7, 2008 by jacobsky

Wczoraj obejrzałem pokaz filmów studentów montrealskiej szkoły filmowej im Mela Hoppenheima, czyli Wydziału Filmowego Uniwersytetu Concordia (TheMel Hoppenheim School of Cinema). Studiuje tam moja córka i jednym z pokazywanych filmów był obraz w jej reżyserii.

Etiuda szkolna jak etiuda szkolna: tu i ówdzie zgrzyta, gdzieś znowu iskrzy na złączach montażu, ale ja oglądałem film mojej córki oraz filmy jej kolegów z uwagą i z szacunkiem z racji na ogrom włożonej pracy w te 10 minut na ekranie. Nie były to etiudy tej klasy co “Dwoje ludzi z szafą” czy “Śmierć prowincjała”, ale nigdy nie wiadomo który z młodych aspirantów sztuki filmowej zostanie kolejnym Polańskim czy Zanussim. To byli w końcu studenci I-go i II-go roku, i choć warsztatowo jeszcze wiele przed nimi, to przecież każdy z nich nosi w swym tornistrze “Oskara” czy “Złota Palmę”. Wystarczy tylko wydobyć je z plecaka.

Szkoła Mela Hoppenheima ma swoja renomę i należy do szanowanych placówek tego typu. Uczy na niej polska profesorka, Mariola (Marielle) Nitosławska, absolwentka łódzkiej “filmówki” - szkoły, z która ośrodek montrealski utrzymuje dość zażyłe stosunki na gruncie twórczym oraz dydaktycznym.

Cieszę się, że moja córka ma okazję studiować to, co jest jej pasja, czym żyje, i to potrafi robić coraz lepiej, o czym mogłem przekonać się wczoraj.

Związkowo

maj 1, 2008 by jacobsky

Pierwszy Maja, święto pracy. Nie na tym kontynencie, choć to przecież od Chicago wszystko się zaczęło. Nie mamy wolnego dnia, arbeit jak zwykle, tyle ze związki zawodowe podkreślają, iż jest dziś jest święto pracujących, i na te okoliczność działacze związkowi publikują stosowne artykuły w gazetach. Tu i tam jakaś centrala związkową urządzi manifestację, ale w porze lunchu, przez godzinkę, lub po pracy, z wiadomym skutkiem, bo komu (poza aktywistami) chciałoby się zostawać po godzinach na manifestacji.

Stopień syndykalizacji siły roboczej w Quebeku jest najwyższy w całej Ameryce Pn.: ponad 40% pracujących należy do związków zawodowych. W całej Kanadzie stopień ten wynosi ok. 25%, zaś w USA tylko 13 %. Quebeckie związki zawodowe to licząca się siłą, w tym również siłą polityczna. Z natury lewicujące, quebeckie związki zawodowe z reguły były sojusznikiem partii o charakterze socjal-demokratycznym, a za taką uważała się separatystyczną Partie Quebecois (PQ), i stąd wzajemne przenikanie się działaczy związkowych z działaczami politycznymi związanymi z ta opcja programowa. Tu należy dodać, że nie nigdy nie był to związek harmonijny, gdyż związkowcy nie tracili zmysłów w oparach socjal-separatyzmu, i pomimo obowiązujących sojuszy występowali oni przeciw PQ zawsze, kiedy ta przeprowadzała głębokie cięcia w żywej i najbardziej rozrośniętej tkance związkowej, jaka stanowią pracownicy sektora publicznego.

Sam należę do tego sektora, nie pierwszy raz zresztą. Najpierw jako asystent w uniwersyteckich ośrodkach badawczych, a teraz jako nauczyciel w college’u. Przedtem również należałem do uzwiązkowionej siły roboczej i bardzo chwaliłem sobie ten stan. Zbiorowy układ o pracę ustalał jasne reguły gry, chronił nas przez samowolą dozoru wyższego przewidując przepisowy arbitraż oraz inne rozwiązania instytucjonalne, plus oczywiście wakacje, dni wolne, świadczenia socjalne itd. A trzeba dodać, że pracowałem wtedy jako robotnik w fabryce, i to w bardzo staroświeckim sektorze produkcyjnym jeśli chodzi o stosunki pracy i w ogóle o kulturę zarządzania. Chodzi o sektor tekstylny. Oczywiście, że nie była to manufaktura z “Ziemi obiecanej”, maszyny były skomputeryzowane, produkowano tkaniny najwyższej jakości i najwyższego stopnia nowoczesności, ale struktura zarządzania ciągle tkwiła swymi korzeniami w schemacie niemal reymontowskim. I tutaj związki zawodowe wspaniale spełniały rolę moderatora.

Czy wysoki stopień uzwiązkowienia siły roboczej wychodzi quebeckiej gospodarce na dobre czy na złe ? To zależy kto ocenia ten stan. Prawicujące ośrodki myśli ekonomicznej postulują oczywiście redukcję stopnia uzwiązkowienia argumentując (tradycyjnie zresztą), ze uzwiązkowienie obniża elastyczność rynku pracy, siły roboczej itd. Z drugiej strony politycznego spektrum słychać (jak zawsze zresztą) tę samą mantrę o konieczności absolutnej ochrony zobyczy pracowniczych.

Z pewnością prawda leży po środku. Uzwiązkowienie firm nie przeszkadza w zamykaniu zakładów i w zwalnianiu pracowników, a więc nie przeszkadza grze sił rynkowych. Przykładem tego jest arystokratyczny niemal pod względem warunków pracy i płacy sektor produkcji papieru. Z wiadomych przyczyn przechodzi on głęboki i trwały kryzys - kryzys, z którego prawdopodobnie już nigdy się nie wygrzebie. Podobnie jest obecnie w sektorze samochodowym. W obydwu przypadkach trwa masowa redukcja zatrudnienia, a więc, tym samym, i w sposób podlegający grze sił rynkowych, stopień uzwiązkowienia podlega fluktuacjom moim zdaniem w miarę naturalnym, zwłaszcza jeśli chodzi o pracowników sektora wytwórczego. Tutaj, utracone miejsca pracy stanowią straty bezpowrotne, zaś jedyne miejsca pracy, jakie czekają na zwolnionych pracowników to dużo gorzej płatna praca w usługach, gdzie stopień syndykalizacji jest znacznie nizszy.

Pocieszeniem nie jest z pewnością fakt, że dziś, 1-go mają, płaca minimalna wzrosła z 8$/h na 8,50$/h. A to właśnie płaca minimalna, równa lub może o dolar czy dwa wyższa, to płaca czekająca na większość z tych, którzy wyrzuceni z arystokratycznych sektorów produkcyjnych, lądują wśród robotniczego plebsu.

Jest jeszcze inne wyjście: przekwalifikować się. W wielu przypadkach to się udaje, i czego serdecznie życzę na 1-go Maja wszystkim tym, którym widmo utraty pracy zajżało w oczy.

Przeszukanie

kwiecień 26, 2008 by jacobsky

Z kanadyjskiej kroniki sądowo-policyjnej warto wynotować, że w piątek, 25-go kwietnia, federalny Sąd Najwyższy wypowiedział się na temat używania psów wykrywających narkotyki w codziennej praktyce policyjnej. Sędziowie uznali za niezgodne z konstytucją używanie psów podczas akcji policyjnych o charakterze ogólnym, losowym, których celem nie jest wykrycie posiadania narkotyków jako takich, a nie u konkretnie wskazanej osoby, gdyż takie przeszukania naruszają prywatność obywateli. Innymi słowy, jeśli ktoś będący w posiadaniu narkotyku, znajdując się przypadkowo w zasięgu działania patrolu z psem, zwróci przez to uwagę psa i zostanie poddany rewizji przez policję, to znalezione w ten sposób narkotyki nie mogą stanowić dowodu w postępowaniu przeciw osobie. Użycie trenowanych psów ma być ograniczone wyłącznie do usankcjonowanych, konkretnych przeszukań, gdzie zachodzi “poważne podejrzenie” (termin użyty przez SN) obecności narkotykow. Kwestie celne są oczywiście wyłączone z tego wyroku.

Sprawa ma swój początek w praktyce stosowanej przez szkoły, które wpuszczały na swój teren ekipy z psami celem wykrycia (lub raczej wywąchania) narkotyków w szkolnych szafkach uczniów. Były to poszukiwania nie poprzedzone konkretnym podejżeniem, a więc podlegali mu wszyscy uczniowie (bo wszyscy uczniowie mają szafki), i to bez ich wiedzy, gdyż operacje miały miejsce podczas lekcji.

Zgadzam się z opinią sędziów, choć ich decyzja nie była jednomyślna. Dwóch z nich przedstawiło swoje votum separatum twierdząc, że w przypadku szkoły należy liczyć się z pewnym ograniczeniem swobód obywatelskich. Moim zdaniem lepiej jest nie wyłączać szkoły w pełnego zakresu tych swobód, zaś walkę z narkotykami w państwie prawa trzeba prowadzić z zachowaniem poszanowania tegoż, zamiast iść na łatwiznę, a przez to na skróty prawne.

Podobny przypadek miał miejsce kilkanaście lat temu, kiedy to zatrzymano samochód pod pozorem wykroczenia drogowego, po czym kazano kierowcy otworzyć bagażnik, w którym znaleziono sporą ilość narkotyków. Policja działała nie przypadkowo, ale bez nakazu rewizji, jaki dawałby podstawę do przeszukania samochodu. Sąd nie przyjął dowodu z przeszukania bagażnika, przez co stworzył precedens ograniczający prawo policji do przeszukiwania podczas zwykłego zatrzymania za wykroczenia drogowe.

Są to ważne kwestie z zakresu funkcjonowania spoleczeństwa. Ważne szczególnie z tego powodu, że od 9/11 istnieje tendencja do ograniczania swobód obywatelskich w imię szeroko pojętego bezpieczeństwa publicznego, ograniczania, które często przekracza granice konstytucyjnosci, czego nie wolno tolerować.

2002. AP/WIDE WORLD PHOTOS

Media

kwiecień 25, 2008 by jacobsky

Od dawna bombardują nas złe wiadomości. Mam na myśli wiadomości codzienne, te z dzienników i z gazet. Recesja u południowego sąsiada, rekordowe ceny ropy, rysujący się coraz wyraźniej kryzys żywnościowy - wszystko to dokłada się do ciemniejącego obrazu sytuacji ogólnej, na stale i od dawna już obfitującej w niepokojące wydarzenia. Nawet poniedziałkowa wygraną miejscowych gladiatorów na łyżwach, czyli potencjalnie dobra wiadomość dla tych, dla których hokej ma jakieś znaczenie, a więc nawet ta wygrana nabrała smutnych kolorów, gdyż rozentuzjazmowani “kibice” wylegli po meczu na ulice i zaczęli regularną demolkę w centrum Montrealu. Jednym słowem: nie ma powodów do radości. Nie ma ich tym bardziej, że przecież gra będzie toczyć się dalej, aż do finału, jeśli oczywiście Canadiens zajdą tak daleko. Ale jeśli zajdą, to aż strach pomyśleć o tym, co będzie jak wygrają oni Puchar Stanley’a, skoro już po pierwszym etapie eliminacji “kibice” urządzają zadymy z radości. Czy miasto legnie w gruzach ? - nie wiem. Zobaczymy.

Dlaczego piszę o tym wszystkim ? Otóż poniedziałkowe awantury na ulicach Montrealu ukazały kilka nowych niebezpieczeństw, jakie obecnie czyhają na urządzających zadymy w miejscach publicznych. Dziś, w dobie wszędobylskich komórek wyposażonych w kamery video i foto, w dobie small-kamer Big-borthera nadzorujących porządek publiczny, trudno jest prześlizgnąć się niezauważonym gdy rozbija się witrynę, niszczy “koguty” na dachach radiowozów, czy podpala się samochody. Każdy rejestruje każdego, a na dodatek obrazki te lądują natychmiast na you-tubach, gdzie każdy może je obejżec. Również policja. Dzięki takiemu zbieraniu materiału dowodowego udało się już zatrzymać kilkunastu poniedziałkowych chuliganów.

Problem jednak polega na tym, że nie wszystkie filmiki to materiał wysokiej jakości. Wysoką jakość materiału zapewniają dopiero profesjonalne kamery ekip telewizyjnych, które oczywiście były wszechobecne na miejscu poniedziałkowych awantur i rejestrowały zdarzenia oraz stojących za nimi ludzi, a wszystko w HD, a wszystko po to, żeby pokazać potem w dzienniku. Bo ludzie muszą widzieć. Tak twierdzą media.

I teraz policja, wyposażona w odpowiednie kwity z sądu, zażądała od mediów wydania nagrań celem użycia ich jako materiał dowodowy. Natychmiast podniósł się zjednoczony ryk oburzonych redakcji, które z miejsca wsiadły na wysokie konie ochrony wolności publikatorów, ich neutralności, kredytu zaufania u publiczności, i w ogóle ochrony podstaw państwa demokratycznego, które to podstawy gwarantują wolne media. Zgoda: gwarantują. Ale…

Nie wiem, czy cokolwiek zwalnia od wydania materiału dowodowego świadka wydarzenia. Znaczy się istnieją sytuacje, które zwalniają, jak np. zachowanie tajemnicy zawodowej przez adwokatów czy tajemnicy spowiedzi przez kapłanów. Kodeks postępowania karnego podaje szczegółowy katalog i są to sytuacje powszechnie przyjęte. Teraz media uzurpują sobie podobne prawo twierdząc, że jeśli udostępnią policji posiadane nagrania, to nadużyją one tym samym zaufanie, jakim społeczeństwo darzy media.

Pomijąc kwestię tego, czy i jakim zaufaniem cieszą się media, zagadnieniem zasadniczym jest dowolne interpretowanie swej roli przez czwartą władzę, interpretowanie oparte na zniekształceniu (moim zdaniem celowym) rzeczywistości. O ile adwokat czy ksiądz nie uganiają się za osobą powierzającą im dobrowolnie sekrety swych poczynań, o i ile w przypadku tych dwóch przykładowych grup charakter tajemnicy łączącej dwie strony nie podlega żadnej relatywizacji, o tyle media, goniąc za sensacją, po pierwsze: gonią jednocześnie za “klientem”, i jeśli trzymać się dalej używanej przez media analogii, to często stają się one posiadaczami cudzych sekretów bez zapytania się uprzednio o zgodę oraz o warunki upowszechniania nabytej w ten sposób wiedzy faktycznej, a po drugie zaś media żyją z ujawniania cudzych sekretów, i to żyją bardzo dobrze, utrzymując, że to jest właśnie ich rola: publiczne oko i ucho. Innymi słowy media stają się świadkiem jak każda inna osoba mająca nieszczęście znaleźć się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie, i zaobserwować coś ważnego i brzemiennego w konsekwencje. Oczywiście, w przypadku mediów, tego typu fatalizm nie stosuje się z uwagi na metodologię ich działania, co tym bardziej nie zwalnia mediów z obowiązku podzielenie się posiadaną wiedzą, zwłaszcza jeśli nie została ona zdobyta w sytuacji opartej na wzajemnym zaufaniu stron, gdyż i takie sytuację mają przecież miejsce przy wykonywaniu zawodu dziennikarza (np. stosunki reporter - informator, jak to było w przypadku ujawnienia afery Watergate). Media mają rolę publiczną do spełnienia i w skład tej roli nie wchodzi ochrona zarejestrowanych na taśmie działań pospolitych chuliganów, kiedy nagrania te mogą posłużyć jako materiał dowodowy w śledztwie. Innymi słowy: nie można do swej roli publicznej pochodzić sposób asymetryczny: my, media mamy prawo domagać się informacji do wszystkich, z policją włącznie, ale nikt nie ma prawa domagać się tego samego od mediów.

Opisane powyżej zjawisko stanowi dla mnie kolejną złą wiadomość. Bardzo złą wiadomość. Oto rośnie nowy podmiot uzurpujący sobie uprzywilejowaną rolę w społeczeństwie demokratycznym i opartym na zasadach obywatelskich. I w dodatku podmiot ten bierze na siebie rolę strażnika demokracji i swobód obywatelskich. Rolę, której chyba nie rozumie w pełni…


zdjęcie: http://www.citynoise.org/article/8035

Siedzę

kwiecień 23, 2008 by jacobsky

Nie, żeby mi się pisać odechciało. Spadła ma mnie lawina roboty, a konkretnie egzaminy do poprawy, a więc siedzę i poprawiam, wzdycham i poprawiam, wychodzę się przejść, wracam, i poprawiam, biorę kieliszek czegoś mocniejszego, i dalej poprawiam.Na szczęście nie poprawiam jadąc do pracy, bo na rowerze poprawiać się nie da, zwłaszcza poprawiać egzaminów pisemnych, bo te trzeba poprawiać również pisemnie. Gdyby to były egzaminy ustne, to mógłbym egzaminować w biegu, jadąc do pracy.  Ale tu nie ma takich egzaminów…

A jazda na rowerze do pracy to już jest nowum po zimie. To znak, że nastała prawdziwa wiosną, z temperaturami bardziej niż wiosennymi, z żabami, które urządzają coroczny koncert zaraz za oknem naszego mieszkania. I choć góry śniegu ciągle jeszcze sterczą tu i tam ( w tym również na placyku przed naszym domem), i z pewnością sterczeć będą jeszcze przez dwa tygodnie, to jednak nic nie zawróci wiosny. Zimą już nie wróci. Przed końcem roku oczywiście.

A więc ta wiosna…. Te ciepłe wieczory ze świergocącymi żabami, ale jeszcze bez komarów…

A ja siedzę i poprawiam…

I końca nie widać. Dziś doszła kolejna porcja. Trzydzieści sztuk…

No to i siedzę…

Brygada

kwiecień 18, 2008 by jacobsky

Przy wejściu do mego college’u, na gazetce ściennej przeznaczonej dla różnego rodzaju ogłoszeń z życia studentów, wisi spory plakat z flaga kubańska, plakat zapowiadający spotkanie organizacji pod nazwą Brygada Quebek-Kuba.

Fascynacja społeczeństwa quebeckiego Kuba to fakt nienowy, ale na ogół fascynacja ta sprowadza się do corocznych pobytów wypoczynkowych na tej wyspie szczęścia, pobytów w zamkniętych ośrodkach dewizowych, w których pobyt bardzo łatwo wyrabia naiwne przekonanie, że Kuba to raj na Ziemi, i tylko podli imperialiści amerykańscy uwzięli się na ten kraj, czego rezultatem są niedostatki tu i ówdzie, niedostatki materialne, bo poza tym lud kubański jest bardzo szczęśliwy, zdrowy, i wolny jak tylko można być wolnym pod słońcem tropików.

Dorosłym na ogół zwisa i powiewa niedola ludu kubańskiego, bo samoloty z wczasowiczami nawet nie lądują w Hawanie, ale na lotniskach w pobliżu kurortów. Potem przewóz klimatyzowanym autobusem do hotelu o standardzie światowym plus pobyt według formuły “wszystko wliczone”, w tym bar otwarty od rana, już od pierwszego dnia pozwalają zamglić spojrzenie na rzeczywistość kubańska, zamglić oparami rumu i margarity.

Dorośli zatem znoszą na ogół dobrze pobyt na Kubie, i o ile nie złapią zapalenia wątroby lub pospolitego trypra, to wracają oni do domów pełni miłych wspomnień, takich wspomnień, z jakimi wracają miliony turystów ze wszystkich egzotycznych zakątków Ziemi.

Gorzej jest z młodymi, dla których Che Guevara jest pół-bogiem jeszcze przed postawieniem nogi w jedynym socjalistycznym raju na półkuli zachodniej. Zabranym przez rodziców na zimowe wczasy na Kubie, młodym “rewolucjonistom” z quebeckiej górnej strefy klasy średniej wydaje się, że życie poza 5-gwiazdkowym hotelem było by takie samo jak w 5-gwiazdkowym hotelu gdyby nie Jankesi, którzy uwzięli się na Kubańczyków, a więc Kubie trzeba koniecznie pomóc.

Poszedłem z ciekawości na stronę Brygady quebecko-kubańskiej. Inicjatywa zacieśniania współpracy w Kubańczykami, zacieśniania pod auspicjami Che, narodziła się z emigrantów chilijskich, jakich w Quebeku pełno. Cóż, przynajmniej zrozumiałem skąd to upodobanie dla fidelowskiej… sorry, raulowskiej Kuby, Che, i w ogóle dla latino-socjalizmu. Ponieważ Quebecy mają słabość do wszystkiego, co jest latino, a więc i z Kubą poszło łatwo: udało się zmontować grupy młodzieży, której łatwo wszystko sprzedać, w tym bajkę o imperializmie amerykańskim wymierzonym w bohaterską Kubę, legendę Che, i inne tego typu dyrdymały.

Nie ma w tym oczywiście nic złego, bo o ile przywilejem młodości jest naiwność, o tyle zaletą dorosłości jest cynizm, a więc z pewnością większość dzisiejszych aktywistów Brygady kiedyś pokończy studia prawnicze, lekarskie, czy też zostaną księgowymi, potem kupią na przedmieściu pierwszy dom za pół bańki plus dwa samochody, i wtedy wyparują z nich na zawsze młodzieńcze ideały, zaś Kuba wróci na ich mapę jako tania i relatywnie niezbyt odległa baza docelowa zimowego wypoczynku. Być może w ten sposób przekażą oni rewolucyjne idealy swym dzieciom, już uczęszczającym do elitarnych szkół prywatnych.

Nie ma w tym nic złego jeszcze z innego powodu. W manifeście Brygady można wyczytać, że celem tej organizacji jest wspomaganie walki Kubańczyków o samookreslenie. Tak mówi manifest brygady. Ja nie wiem: albo napisał go jakiś jełop, albo organizacja ta jest w rzeczywistości ekspozyturą sił wrażych wobec socjalistycznej Kuby. W końcu co jak co, ale samookreślenie się ludu kubańskiego to coś, co braciom Castro musi się śnić po nocach jako najczarniejszy koszmar…

Foki

kwiecień 15, 2008 by jacobsky

W ubiegły weekend kanadyjska Straż Przybrzeżna aresztowała statek Farley Mowat należący do See Shepherd Conservation Society (SSCS). Akcja miała miejsce u ujścia rzeki Sw. Wawrzyńca, gdzie kilka tygodni temu rozpoczął się coroczny sezon polowań na foki. Powodem aresztowania było naruszenie przepisów dotyczących korzystania z zasobów morskich znajdujących się w jurysdykcji Kanady. Ujście rzeki Sw. Wawrzyńca należy do tej jurysdykcji, gdyż Kanada sprawuje nadzór nad 200-milowym pasem przybrzeżnym, zwanym również strefą ekonomiczną połowów. Statek należący do SSCS ignorował wezwania kanadyjskich władz uznając, że znajduje się on poza 12-milowym pasem przybrzeżnym, a więc na wodach międzynarodowych. Bezpośrednim powodem interwencji kanadyjskiej było zachowanie załogi statku Farley Mowat, która dążyła do uniemożliwienia połowu fok, i czyniąc to w sposób konfrontacyjny, narażała ona na niebezpieczeństwo statki myśliwych. Szef SSCS, Paul Watson krzyczy, że to faul, niemal akt wojny lub terroryzmu miedzynarodowego. Kapitan oraz pierwszy oficer statku Harley Mowa przebywają w areszcie i grożą im grzywny do 100 tyś dolarów oraz sześć miesięcy więzienia.

Coroczny połów fok to ciągle kontrowersyjny temat. To również okazja dla radykalnych ekologów aby pokazać ponownie, że istnieją. Wiele już powiedziano na temat kłamstw i półprawd propagowanych tu i tam na temat odłowu fok. Informacje te podpierały swym autorytetem gwiazdy show-bizu oraz inni celebryci. Dodatkowo udowodniono już parę razy, że propagowane szeroko zdjęcia ukazujące okrucieństwo myśliwych były inscenizacja dokonaną na użytek przeciwników polowania na foki.

Tymczasem ta coroczna operacja ma swój sens, tak z punktu widzenia ekonomicznego, jak i patrząc od strony konserwacji natury. Ilość odławianych fok jest kontrolowana i ustalana co roku na podstawie oceny stanu ich populacji u ujścia rzeki Sw. Wawrzynca. Z ocen tych wynika, że od kilku dobrych lat populacja fok ma się dobrze, i że połów określonej ich liczby pozwala na utrzymanie stanu osobników na poziome uważanym w pewnym sensie jako optymalny, tak dla ekosystemu, jak i dla konserwacji tego zasobu naturalnego oraz dla żywotności przetwórstwa mięsa foczego.

Zastanawiające jest, że SSCS nie protestowało, kiedy ta sama Kanada aresztowała kutry hiszpańskie, łowiące również w 200-milowej strefie ekonomicznej, i które używały morderczych sieci o małych oczkach, w które łapie się wszystko, co pływa w morskiej wodzie, z czego 90 procent wyrzuca się potem do morza jako odpady. SSCS to dogmatyczni eko-terroryści o mentalności zbliżonej do zramolałej Bardotki, z ta jednak różnica, że Bardotka nigdy nie stawiała życia foczego wyżej niż życie ludzkie, tak jak to uczynił Watson w swej wypowiedzi na temat omawianego tutaj zajscia.

Polonizator

kwiecień 14, 2008 by jacobsky

Jest wiele słów kończących się na -ator. Przedmioty określane przez te słowa częstokroć dostarczają przyjemności, ale żaden z nich nie dostarczył mi takiej radochy jak polonizator.

Alleluja ! Co za cudo techniki ! Chwała cyberprzestrzeni, a ulgą wszystkim, którzy jak ja, muszą wstawiać ręcznie “ogonki” i kreseczki ! To największy wynalazek od czasów wystrugania pierwszego koła !

Dotychczas robiłem cuda, żeby skonfigurować mój komputer do wstawiania polskich znaków bez konieczności uciekania się do przyciskania pięciu klawiszy na raz, od “ctrl” +”alt”+”Shift” poczynając. Nie dało się. Co zrobić. Widocznie jestem niedostatecznie wyedukowany w kwestiach konfigurowania komputerów, a zwłaszcza tych, które los wyposażył w Windows.

Teraz wszystkie te moje mozoły to już historia. Żółć już mnie nie zaleje, nie będę smutny jak krople jesiennego dżdżu - słowem: odżyłem !

Chwała, po stokroć chwała twórcom portalu http://polszczyzna.info/polonizator !

Podsłuchane

kwiecień 11, 2008 by jacobsky

Dialog ze sklepu z odzieżą sportową:

Klientka: Czy ma Pani ubrania z polaru ?
Sprzedająca: Oczywiście, pełny wybor. O jaką markę chodzi ?
Klientka: Ale czy to jest naturalny polar czy syntetyczny ?
Sprzedająca: Proszę Pani, każdy polar jest syntetyczny, robiony z poliestru…
Klientka: Ale czy nia ma w nim polaru pochodzenia zwierzęcego ?
Sprzedająca: Nie bardzo rozumiem… Nie ma polaru zwierzęcego…
Klientka: A właśnie, że jest ! Widziałam na Discovery. I mowili, że z powodu ocieplenia klimatu tym polarom grozi wyginięcie…

To ponoć autentyczny dialog, jeden z wielu podsłuchanych przez osoby postronne na ulicy, w metrze, w sklepie czy w autobusie. Quebecki autor Frédéric Rappazi zbiera te dialogi na specjalnie ku temu poświęconej stronie. Strona nosi tytuł Entendu à Montréal (Zasłyszane w Montrealu), zaś niedawno ukazało się książkowe wydanie materiału zebranego w Internecie.

Kompliacja dialogów z ulicy to podobno pomysł nowojorski. Każdy może wysłać zasłyszany cytat czy dialog, co natychmiast powinno rodzić pytanie: ile w nadsyłanym materiale jest autentyczności, ale ile kreatywności nadsyłajacego. Myślę jednak, że w przypadku Montrealu można śmiało zaufać szerokiej publiczności tego miasta, publiczności, którą stać na więcej niż kwiatek cytowany powyżej. Czytający po francusku i mający wystarczająco dużo ciepliwości, żeby przekopać się przez zgromadzone na stronie zbiory mogą zapoznać się z innymi kawałkami podsłuchanymi w Montrealu: http://www.entendu.ca/ (uwaga, często pisane miejscową gwarą)

Pomysł w sumie bardzo dobry, nawet jeśli niektóre wpisy żywcem przypominają kawały o blondynkach. Dziś, kiedy na ulicy łatwo można zrobić zdjęcia lub filmiki za pomocą komórki, przechodnie stali się prawdopodobnie badziej wyczuleni na to, co dzieje się dookoła nich.

No to kiedy warszawska wersja tekstów złowionych na ulicy ?

A może by tak konkurs między miastami o najlepszy tekst zasłyszany na ulicy ?