Boli mnie siedzenie tak, jak tylko siedzenie potrafi boleć od siodełka rowerowego. Dałem się namówić na udział w jednej z imprez montrealskiego weekendu rowerowego (Feria de vélo), organizowanego jak co roku w mieście. Feria zaczyna się w piątek wieczorem od masowej, wieczornej jazdy na rowerze. Po zamkniętych ulicach miasta przewala się kilkanaście tysięcy rowerzystów, a wszystko w atmosferze festynu ogólnego, gdyż przejazd ulicami to również okazja dla mieszkańców, żeby wyjść na ulicę, postać i pogapić się na kolorowy, migający światełkami gigantyczny peleton, powygłupiać się z sąsiadami oraz wypić parę piw. Łącznie trzeba przejechać ze trzydzieści kilometrów po pętli, która ma swój początek i koniec w okolicach « białego słonia » montrealskiego, czyli w okolicach stadionu olimpijskiego.
Po przejażdżce, gdzieś ok. 23-ej zaczął się festyn w parku, ale ja wymiękłem, bo miałem dość po całym dniu pracy, po wysiłku poprzednich dni (przeprowadzka), i po byciu wystawionym wystarczająco długo na festynową porcję sparciałego rapu kiepskiej jakości w wykonaniu trzech niedorobionych i patetycznych raperów, pochodzących chyba z łapanki.
Dziś Feria trwa nadal. Właśnie odbywa się montrealski etap kolarskiego Pucharu Świata kobiet. Panie mają pięć razy objechać górę Mont-Royal, czyli sam środek wyspy. Parę razy robiłem tę trasę i po jednej pętli miałem dosyć, zwłaszcza ze na długim odcinku trzeba wspinać się pod górę, i to całkiem stromą. Ja byłem na 21-biegowym rowerze górskim, a więc w końcu wjechałem na szczyt używając najmniej męczących przełożeń. Zawodniczki mają rowery wyścigowe z dużo mniejszą liczbą biegów, a i tak rwą one pod tę samą górę na najszybszym, a nie na najmniej męczącym przełożeniu…
Koniec Ferii to niedzielne Tour de l’Ile, czyli rowerowa impreza dla wszystkich polegająca na przejechaniu trasy ok. 70 km ulicami miasta, dookoła wyspy Montreal. Z reguły bierze w niej udział kilkadziesiąt tysięcy osób, cale rodziny, przyjezdni. Wielkie święto rowerowe.
Oczywiście, jak to w życiu zwykle bywa, radość dla jednych to koszmar dla drugich. Ci drudzy to kierowcy samochodów, uwięzieni w gigantycznych korkach z powodu objazdów zamkniętych ulic i kwartałów. Nie jest przyjemne jechać na rowerze i słyszeć co jakiś czas obelgi ze strony sfrustrowanych kierowców, ale co zrobić. I tak za tydzień odbędzie się w Montrealu wielka msza samochodowa : wyścigi F1. Na to konto jedna z głównych tras rowerowych biegnąca z południowego brzegu rzeki Św. Wawrzyńca na wyspę będzie zamknięta, gdyż przebiega ona przez teren oraz tor wyścigów. Tak, normalnie, w okresie poza wyścigami tor jest otwarty dla wszystkich i stanowi on ulubione miejsce treningu rowerzystów, którzy trzaskają pięciokilometrowe pętle jedna po drugiej, a wszystko po najlepszej nawierzchni w Montrealu. Lepsza nawierzchnia może być tylko na pasie startowym lotniska, o czym będę miał okazję przekonać się już jutro, w niedzielę 3-go. Lecę do Polski, a potem do Francji. Piszę o tym nie dlatego, żeby się pochwalić, ale żeby uprzedzić tych, którzy zadają sobie uprzejmy trud i mnie czytają, że w ciągu nadchodzącego miesiąca nie będę za bardzo produktywny na blogu.
Tylko że w samolocie też trzeba siedzieć…
3 czerwiec 2007 o 07:26 |
Rower to wspaniała rzecz! Ale współczesna wersja z siodełkiem twardym i wąskim – zupełnie mi nie odpowiada. Miałam kiedyś rower przedwojenny- po moim dziadku. Jeszcze w latach 60- XX w. na nim jeździłam na długie wycieczki, i wspaniale się spisywał i prezentował. Miał szerokie opony i siodełko skórzane, mięciutkie, na sprężynach. Była wspaniała amortyzacja. Żadne wstrząsy nie były mi straszne. Niestety, włamano się do piwnicy i rower dziadka padł pastwą złodziei. Życzę Ci, drogi Jakobsky, szczęśliwej podróży. Mam nadzieję, że po powrocie opiszesz swoje wojaże ze szczegółami. Pozdrawiam serdecznie.
3 czerwiec 2007 o 11:14 |
Jacobsky!
Wspaniałego urlopu!
11 czerwiec 2007 o 19:44 |
Jacobsky,
Czesc. Cos dawno cie nie bylo u Niedowiarow… czy to od siodelka?