Walizka 3. Bretania z barki (a w każdym razie południowa część Bretanii, bo tam spedziliśmy tydzień).
Z Carcassonne wzięliśmy pociąg do Vannes – przepiękne miasto z zachowanym systemem fortyfikacji. Niestety, po dojechaniu do Vannes (.pl, .eng) zorientowałem się, że moje wszytkie baterie rozładowały się, a więc nie miałem żadnego pożytku z aparatu fotograficznego. I dlatego, jeśli chodzi o Vannes, to muszę się teraz wyręczyc zdjęciami innych. Ale i tak spędziliśmy w tym mieście tylko parę chwil, gdyż po zjedzeniu kolacji ze znajomymi pojechaliśmy do nich na wieś, na nocleg.
Nazajutrz, po całym dniu przygotowań pojechaliśmy po południu nad morze, do miasteczka Croisic. Niestety, pogoda nie zachęcała do dłuższych spacerów. Prawdę mówiąc to przez cały pobyt w Bretanii było dość chłodno i raczej pochmurno. Pomyśleć, ze porzuciliśmy słoneczne i ciepłe południe Francji dla tej atlantyckiej chłodziarki… A jednak warto było, bo Bretania jest piękna.
Głównym punktem naszego pobytu w tej części Francji był pięciodniowy rejs barką turystyczną po kanale Nantes – Brest. Kanał ten, wybudowany w czasach napoleońskich, dziś służy wyłącznie turystyce wodnej. Wszystkie śluzy funkcjonują i obsługiwane są one przez opiekunów, którzy często mieszkają na miejscu, i którzy odpowiedzialni są za utrzymanie oraz za estetykę powierzonego im obiektu. Prawdę mówiąc to praca opiekuna śluzy wydała mi się wymarzonym zajęciem : praca sezonowa (od marca do końca października), ale z płacą rozłożoną na cały rok, nie trzeba dojeżdżać w korkach, poziom stresu zerowy, sporo czasu spędza się na wolnym powietrzu, ciągly kontakt z ludźmi, a jednocześnie wystarczająco dużo czasu dla siebie i dla bliskich, jako że śluzy otwarte są od 9 rano do 19, z prawie dwugodzinną przerwą na obiad w południe. Po sezonie wielu opiekunów śluz wyjeżdża do swych domów w innych regionach Francji, gdzie albo pracują, albo po prostu nic nie robią (w sensie zawodowym). Aha, nawet w sezonie przysługuje im urlop (chyba dwa tygodnie, o ile się nie mylę). Ile czasu można by mieć na blogowanie, co ? Przy okazji: jak nazywa się dom opiekuna śluzy ? No bo przecież nie “śluzówka”, wzorem domu stróża, czyli stróżówki… Konied dygresji.
Lecz nie o urokach pracy przy śluzie chciałem.
Razem ze znajomymi mieliśmy wynajętą barkę turystyczną. Barka to w sumie pływająca przyczepa kampingowa z kuchnią, łazienką, prysznicem, ciepłą wodą, lodówką, trzema kabinami, przyczepą będącą w stanie zapewnić komfortowe warunki siedmiu osobom. Barka jest długa jak autobus, ale opanowanie tej maszyny zajmuje mniej niż godzinę. Tyle czasu przynajmniej poświęcają pracownicy firmy wynajmującej barki na zapozanie klientów z obsługą oraz nawigacją, a wszystko to pomagając wyjść z portu przez pierwszą ze śluz. To naprawdę nie jest skomplikowane, a więc potem pozostaje już tylko czysta frajda życia na wodzie.
Nasz plan zakładał dopłynąc do Josselin, skąd musieliśmy wrócić (tą samą drogą), aby na czas zdać wynajętą barkę. Plan ten wykonaliśmy bez żadnych problemów, co oznacza, ze zrobiliśmy jakieś 120 km, przy maksymalnej szybkości barki ok 5 węzłów (ogranicznik nie dawał płynąć szybciej, a i tak na niektórych odcinkach kanału nawet te przepisowe 5 wezłów to było za dużo, sądząc po wzbudzanej fali, jaka atakowała brzegi kanału). Mieliśmy szczęście, że wybraliśmy się w nasz rejs przed wielkim sezonem, a więc nie traciliśmy zbyt wiele czasu na śluzach. W sezonie można ponoć odstać swoje pod semaforem, co znacznie opóźnia nawigację.
Pogoda nam sprzyjała, co w tym wypadku przede wszystkim oznaczało, że nie padał deszcz. Nie było też dużo słońca, przez co nie konaliśmy z gorąca, zwłaszcza że na wodzie trudno o cień, a schronienie się w kabinie przed słońcem też niczego nie załatwia.
Dzień wypełniony był nawigacją od mniej wiecej 10 rano (obowiązkowo po śniadaniu, z rogalami kupowanymi w piekarniach pobliskich miasteczek), nawigacją oraz konsumpcją. We Francji południe to czas na pierwszy aperitif, potem wino do obiadu, po czym znowu apero, i tak do kolacji, no a potem również po kolacji, no bo przecież nikt nie miał zamiaru wracać do domu z prowiantem. Ale nie byliśmy w stanie wskazującym, a w każdym razie nigdy podczas nawigacji. Zresztą cały urok żeglugi na kanale polegał na tym, że można było w każdej chwili stanąć i zacumować barkę (jak nie do przystani, to do wbitych w ziemię kołków, w które wyposażona jest każda barka). W ten sposób przyszło nam spędzić ze dwie noce w kompletnej głuszy. A dla tych, którzy mieli już dość statku, do dyspozycji były dwa rowery. Wzdłuż kanału, po jednej lub po drugiej jego stronie biegła dróżka serwisowa, i w ten sposób marynarze mogli sobie dawać randez-vous z rowerzystami przy kolejnych śluzach. Kiedyś te dróżki były wykorzystywane przez siłę pociągową do ciągnięcia barek po kanale (konie lub burłacy).
Samo przechodzenie przez śluzy to wydarzenie bardzo towarzyskie. Ponieważ płynęliśmy przed rozpoczęciem wielkiego sezonu turystycznego, tak więc obsługujący śluzy nie byli przepracowani i nie śpieszyli się, przez co chętnie udzielali się towarzysko, opowiadając historyjki oraz wypytując nas o Kanadę i Quebek. Z naszej strony, tam, gdzie śluzy miały obsługę manualną, naszą przyjemnością było uczestniczyć w pracach przy zastawach, co często wynagradzane było poczęstunkiem domową nalewką czy winem.
Nasz punkt zwrotny, czyli miasto Josselin słynie z zamku, który stoi przy samym kanale. Jego majestatyczna bryła wyłania się nagle, zza zakrętu kanału, i z reguły widok ten wzbudza westchnienia zachwytu. Zdjęcia pozwolą chyba zrozumieć dlaczego tak się dzieje. Tego wieczoru nocowaliśmy mając zamek Josselin w tle. Inną perełką bretońską, jaka mieliśmy okazję zwiedzić było miasteczko Rochefort en Terre. Znowu: niech zdjęcia opowiedzą o uroku tego miejsca.
Nie powiem, Bretania widziana z barki to było coś. Przepiękna kraina, którą miałem zaledwie okazję dotknąć przelotnie. A dodatkowo życie na wodzie, które zawsze mnie pociągało, odkąd po raz pierwszy wziąłem do ręki rogatnicę « omegi » na Mamrach. Tak à propos : dzięki systemowi kanałów oraz rzek żeglownych Europy, tak naprawdę, to można dopłynąc z Polski (szczególnie z akwenu Odry) aż… do Marsylii. To taki pomysł na wakacje dla czytelników z Polski….
Zdjęcia z Bretanii tutaj.
1 październik 2007 o 10:19 |
Coraz bardziej mi się podobają Twoje walizki…..
Pozdrawiam
2 październik 2007 o 20:21 |
Mnie podobają się zdjęcia
pozdrawiam
3 październik 2007 o 18:35 |
Jacobsky!
Ja daję znać, że czytałem, oglądałem, ale ja nie bardzo mam co komentować. Fajnie miałeś.
24 wrzesień 2009 o 06:40 |
Ten rodzaj zwiedzania różnych fajnych miejsc jest coraz bardziej u nas popularny. Zerknijcie na http://www.barki.pl.
Pozdrawiam,
Piotr