Archiwum kategorii ‘Uncategorized’

Lilie

25 lipiec 2009

Chociaż to nie pani zabiła pana, to jednak zbrodnia to niesłychana. A tak przynajmniej wygląda na to z oskarżeń postawionych przez policję ontaryjską. W ostatnim dniu czerwca media doniosły, że w Kingston, z basenu jednej z śluz na kanale Rideau wyłowiono samochód, w którym znajdowały się zwłoki czterech osób: trzech dziewczyn w wieku nastoletnim oraz kobiety ok. 50-tki, wtedy zidentyfikowanej jako ciotka współpasażerek. Sprawa wyglądała dość zagadkowo już z samej racji tego, że z uwagi na specyfikę miejsca, wcale nie jest tak łatwo ot tak, wpaść do basenu śluzy. Przeciwnie. I dlatego od samego początku policja nie przyjmowała tezy, że to, co wydarzyło się w Kingston stanowi nieszczęśliwy wypadek.

Przedwczoraj media doniosły o aresztowaniu ojca dziewczyn, jego żony oraz ich syna. Kobieta, która utonęła w samochodzie to pierwsza żona aresztowanego mężczyzny. Więcej informacji można znaleźć tutaj. Zarzuty są poważne: morderstwo z premedytacją oraz konspiracja celem ukrycia zbrodni.

Według ocen policji chodzi tutaj o zabójstwo honorowe. Rodzina pochodzi z Afganistanu i choć od ponad 20 lat mieszka na Zachodzie, to jednak fakt ten w żaden sposób nie wpłynął na złagodzenie obyczajów rodzinnych i rodowych właściwych miejscu pochodzenia. Z opisów zebranych w miejscu zamieszkania rodziny (montrealska dzielnica Saint-Leonard), z poza powszechnego zdumienia sąsiadów wyłania się obraz rodziny patriarchalnej, gdzie przestrzegane tradycje nie rymują się za bardzo z wyzwaniami i pokusami, jakie stają przed młodymi, urodzonymi tutaj, i chcącymi żyć inaczej niż według tradycji rodziców. Straszna historia, takie zderzenie się kultur. Tym razem zderzenie czołowe, z ofiarami w ludziach.

Zabójstwa honorowe i w ogóle przemoc oparta na tradycji etnicznej nie są aż tak niecodzienne w Kanadzie. Zdarzają się one w wielu społecznościach wywodzących się z krajów o tej smutnej tradycji. Co zdumiewa w opisywanym przez mnie przypadku to rozmiar zbrodni oraz brak jakichkolwiek wyrzutów sumienia ze strony sprawców, do końca grających przed mediami rolę zdumionych ofiar tragedii, której sami byli sprawcami.

Z racji wykonywanego zawodu Moja Osobista Kanadyjka ma co jakiś czas okazję stykać się z innymi ofiarami rytuałów obowiązujących w pewnych wspólnotach etniczych, jak na przykład samookaleczenie się przez kobietę, aby w ten sposób zniechęcić do siebie męża i, tym samym, uwolnić się od niego. Przy czym przez samookaleczenie się należy w tym wypadku rozumieć oblanie się benzyna i podpalenie… W każdym razie dziala. O ile oczywiście kobieta przeżyje.

AfghanBurkawzięte z:  www.evolvefish.com/fish/media/AfghanBurka.jpg

Różności.2

23 lipiec 2009

Quebecki Madoff numer 1 wyszedł właśnie z więzienia. Vincent Lacroix naciął inwestorów na ok. 150 mln dolarów. Co prawda nie chodzi tutaj o piramidkę,  ale zawsze. Lacroix po prostu wyprowadził te pieniądze z funduszu inwestycyjnego Norbourg, którego był  założycielem i szefem. Ponad 9 tys. osób straciło oszczędności swego życia (na ogół szansę na spokojną i w miarę dostatnią emeryturę), Lacroix stracił ok 2 lata ze swej wolności plus oficjalnie jest bankrutem, ale od paru dni – bankrutem na wolności ograniczonej.

Lacroix nikogo nie zabił, nie zgwałcił, nikogo nie okaleczył, a co najwyżej oskubał z pieniędzy. Nie popełnił zbrodni, a tylko przestępstwo, i dlatego za dobre sprawowanie wyszedł on z zakładu karnego po odbyciu 1/6 z orzeczonej kary. Lacroix ma spędzić kilkanaście miesięcy na ograniczonej wolności w zakładzie pół otwartym, gdzie ma on uczestniczyć w pracach społeczno-użytecznych, czyli w tzw. resocjalizacji. A potem ? Potem Lacroix ma szanse stać się człowiekiem wolnym i… prawdopodobnie bogatym do końca swych dni, gdyż wielu z przekręconych milionów nie udało się zlokalizować. Banki na Kajmanach czy na Bermudach strzegą jak oka w głowie tajemnicy bankowej.

Oko w głowie… Na miejscu Lacroix zacząłbym usilnie hodować sobie jedno takie oko z tyłu głowy. Tak na wszelki wypadek. Bo wypadki chodzą po ludziach, szczególnie po ludziach, ktorzy oskubali dziewięć tysięcy innych ludzi. Dziewięć tysięcy to małe miasteczko i jest możliwe, że w tej liczbie osób znajdzie się ktoś, kto nie popuści Lacroix. Zrujnowane życie za … życie. To już było, wiele razy, nawet w małych miasteczkach, o czym ludzie potem gadali przez dziesięciolecia. Zawsze można się bronić zabójstwem w afekcie, a w związku z tym liczyć na to, że za dobre sprawowanie sąd wypuści mściciela po odbyciu 1/6 kary.

***

Quebecki Madoff numer 2 właśnie się ujawnił. Real Jones, podejrzany o oskubanie ok. tysiąca inwestorów z ok 50 mln dolarów ustami swego adwokata oświadczył, że gotów jest wyjaśnić całą sprawę, aczkolwiek adwokat nie podał żadnych szczegółów co do miejsca przebywania rzeczonych pieniędzy. Sprawa z pewnością będzie się  rozwijać, ale czytając na jej temat włos się jeży na głowie na wieść o ludziach, którzy zawierzają cały majątek swego życia jednej osobie. Na takie właśnie gołąbki polują jastrzębie typu Madoff, Lacroix czy Jones.

***

Kanada wprowadziła obowiązek wizowy dla obywateli Czech i Meksyku. Z radością należy odnieść się do tej wiadomości: tym razem to nie Polacy znaleźli się na celowniku władz kanadyjskich. Powodem decyzji jest nadmierną liczba podań o azyl składanych przez obywateli tych dwóch krajów. W przypadku Czech chodzi o Romów, którzy licznie przybywają do Kanady i występują o status uchodźców, podając jako powód prześladowania  rzekomo spotykające ich w kraju nad Wełtawą.

***

To tyle remanentów na dziś.

pigeonsźródło obrazka

Różności

9 lipiec 2009

Lato, a więc i różności. Oraz remanenty różne.

Chalk River. Pisałem ponad miesiąc temu o problemach związanych z pięćdziesięcioletnim reaktorem jądrowym, którego produkcja zaspokaja ponad 30% światowego zapotrzebowania na izotopy lecznicze i diagnostyczne, a jeśli chodzi o Kanadę – ponad 80%. Otóż reaktor ma być zatrzymany na dłużej niż przewidywano, to jest chyba prawie na rok, o ile nie więcej. Szef kanadyjskiego stowarzyszenia radiologów stwierdził w wywiadzie radiowym, że obecny stan rzeczy oznacza cofnięcie się o kilkadziesiąt lat jeśli chodzi o diagnostykę i leczenie z użyciem izotopów promieniotwórczych.

220 000 dolarów. Tyle trzeba zapłacić w Montrealu za kwit niezbędny do posiadania taksówki. Ich kierowcy zarabiają przeciętnie od 18 do 25 tys. dolarów rocznie, a więc absolutnie nie stanowią oni klienteli, która interesowała by banki jeśli chodzi o udzielanie kredytów. W związku tym ponad połowa taksówkarzy wynajmuje zezwolenie i samochód od właściela, co oczywiście nie jest dobrym rozwiązaniem. W całym Quebeku liczba zezwoleń na taksówkę jest stała i oscyluje w okolicach 7 tysięcy. Nowe zezwolenia wydawane są sporadycznie, zaś ok 10% z nich zmienia corocznie właściela.

Piszą o Polsce. W L’actualité – najpoważniejszym z quebeckich ilustrowanych tygodników społeczno-politycznych. Piszą konkretnie o zoo w Poznaniu i o słoniu Ninio. Ponoć Ninio woli męskie towarzystwo, co oburzyło radnego Michała Grzesia. “Nie po to wydaliśmy 37 mln złotych na budowę jednego z największych w Europie wybiegów dla słoni, żeby trzymać w nim pedzia, który nie wyprodukuje potomstwa. Władze zoo próbowały wytłumaczyć Grzesiowi, że słonie osiągają dorosłość w wieku 14 lat, a Nino ma dopiero 10 wiosen. Tak oto piszą o Polsce. Swoją drogą dobrze, że te moje chłopięce zabawy w wojnę czy w chowanego z kolegami, unikanie jak ognia towarzystwa dziewczynek oraz inne zachowania dziś postrzegane jako homoseksualne nie były tak gruntownie analizowane jak to czyni radny z Poznania.

2992: tyle testów histopatologicznych i diagnostycznych na raka piersi trzeba będzie powtórzyć, gdyż quebeckie laboratoria patologii nie stosowały należytych metod weryfikacji rezultatów, przez co istnieje ryzyko, iż spora część z badanych nie otrzymała właściwego leczenia.

90,4 centa – tyle kosztuje dziś w Quebeku litr najtańszej benzyny. A jeszcze rok temu zapowiadano przebicie magicznej granicy 2 dolarów za litr.

Obraz 005autor NN:
http://gabi.sklep.pl/images/Pieczywo/Obraz%20005.jpg

Good Bye Lenin!

7 lipiec 2009

Z mego wczesnego, aczkolwiek już świadomego dzieciństwa przypominam sobie kawał, który opowiadano w okolicach 1970 roku. Na ten rok przypadała setna rocznica urodzin Lenina i w związku z tym ogłoszono tzw. Rok Leninowski. Nie wiele pamiętam z wydarzeń, które towarzyszyły rocznicowym obchodom, ale w pewnym momencie do domu dotarł kawał, który opowiadali sobie dorośli. Otóż w pracy był taki jeden Kowalski: pracownik przykładny, schludny, czysty, zadbany, partyjny. Niestety, od jakiegoś czasu Kowalski zaczął przychodzić do pracy brudny, niedomyty, w wymiętoszonych, zaświnionych ubraniach. Przełożeni i aktywiści partyjni przyglądali się jakiś czas Kowalskiemu, aż w końcu przewodniczący POP wezwał go do siebie na dywanik i zagaił bez ogródek: “No co wy, Kowalski, tak tutaj… niechlujnie. Czy coś Wam się nie podoba ?” Kowalski stropił się i w końcu wydusił z siebie: “Towarzyszu sekretarzu ! Ja już nie wiem, co robić ! W radio – o Leninie, w telewizorze – o Leninie, w gazecie – o Leninie, na skwerze – Lenin, w księgarni – Lenin, w gazetkach ściennych – Lenin. Wszędzie ten Lenin, no to ja się boję, żebym tego Lenina przez przypadek nie rozmoczył albo nie wyprasował.

Tyle wspomnień.

Dziś wielka feta dla Michaela Jacksona. Osobiście nic nie mam do Zmarłego. W domu posiadam  “Thrillera”, słucham go co jakiś czas, szczególnie kiedy jestem sam, w samochodzie, i wtedy słucham tej płyty na full. Niech Jacksonowi ziemia lekką będzie. Inaczej jest z mediami, bo one są cięższe niz glina.

Medialna sieczkarnia właśnie ruszyła pełną parą. Michael Jackson jest wszędzie. Nie ma zmiłuj się ! Ja na razie myję się, jem, oddycham – słowem: funkcjonuję normalnie, ale jak tak dalej pójdzie, to chyba przestanę, żeby Michaela nie połknąć, spuścić razem z woda lub zetrzeć z zakurzonej półki. Jedynie meteo24 nie nadaje na żywo z Staples Center i zamiast Michaela stacja ta uparcie pokazuje izobary i izotermy.

Pewnie do czasu.

517px-Lenin-Silhoutte.svg

Korki

4 lipiec 2009

Kiedy ktoś mieszka w dużej metropolii, to z reguły wydaje mu się, że jego miasto stanowi sumę wszystkich bolączek miejskich. Z takiego przeświadczenia mogą wyleczyć tylko wycieczki do innych miast podobnego gabarytu. Owszem, będzie o porównaniu Warszawy i Montrealu, a konkretnie o czymś, co stanowi zasadniczy element łączący te dwa miasta: o niedowładzie systemu komunikacyjnego i o korkach z tym związanych.

Montreal jest zakorkowany. Podobnie jak Warszawa, quebecka metropolia nie ma obwodnicy w randze autostrady, a więc spora część ruchu tranzytowego przechodzi przez miasto. W przeciwieństwie do Warszawy, którą przecina w pół Wisła, Montreal leży na wyspie w szerokim rozlewisku rzeki Św. Wawrzyńca, a więc akces do miasta z definicji jest mocno ograniczony liczbą dostępnych przepraw. Powyższe sprawia, że przeprawy te są notorycznie zatkane, zaś intensywny ruch kołowy odciska się widocznym piętnem na stanie infrastruktury drogowej Montrealu. Główne autostrady i drogi szybkiego ruchu przechodzące przez wyspę przypominają warszawską Trasę Łazienkowską: z estakad odpada beton odkrywając zardzewiałe pręty zbrojeniowe, pas jezdni okalają pordzewiałe bariery, w tunelach straszą liszaje po odpadających kafelkach. Póki co wszystko jest jeszcze dostępne dla ruchu, ale już niedługo ruszy przebudowa wielkiego węzła drogowego na południowym zachodzie wyspy i wtedy będzie naprawdę wesoło, bo przebudowa ma się zacząć od… kompletnej demolki istniejącego systemu estakad.

Wypada mieć nadzieję, że do tej pory ukończona zostanie brakującą nitka autostrady 30, która okala Montreal od południa i stanowić ma główną obwodnicę miasta. Ten numer autostrady to chyba nie przypadek, bo jej budowa ślimaczy się właśnie od mniej więcej 30 lat. Coś jak budowa obwodnicy południowej Warszawy, o czym opowiadała mi krewna, która pracuje w urbanistyce dzielnicy Ursynów. Podobne problemy, podobne korowody z wytyczeniem korytarza pod obwodnicę. No i podobny, chroniczny brak funduszy. A podobno jeden dolar wydany na infrastrukturę zwraca się dziesięciokrotnie jeśli chodzi o dochody budzetowe.

Póki co obydwa miasta są duszone spalinami, co stanowi nie tylko problem aktualny, ale również zagadnienie mające reperkusje na przyszłość. Kiedy patrzyłem na codzienny korek na Sasanki, Łopuszańskiej czy na Alei Krakowskiej (miejsca, obok których zatrzymuję się w Warszawie), kiedy patrzę codziennie na korki na montrealskiej Metropolitain czy Decarie (główne autostrady miejskie), wtedy myślę o setkach ton spalin wdychanych każdego dnia przez mieszkańców obydwa miast, i o problemach, jakie owa inhalacja mieć będzie w przyszłości.

Warszawa i Montreal: dwa męczeńskie miasta, dwa skupiska męczenników – zakładników zarówno braku wizji transportu drogowego, jak i środków na jej zrealizowanie.

Choć jeśli chodzi o transport miejski w Warszawie, to moim zdaniem Montreal mógłby się sporo nauczyć od stolicy Polski.

trafficMontrealski korek przy moście Jacques-Cartier
www.fixcas.com/news/2005/b2005b.htm

Doda ?

2 lipiec 2009

Po powrocie z najnowszej podróży do kraju próbuje oczywiście uporządkować moje wrażenia, ale przede wszystkim staram się jakoś zdefiniować mój stosunek do współczesnej Polski. Nie jest to zadanie łatwe. W końcu interesuję się na bieżąco, niemal na żywo sprawami polskimi, a więc mój stosunek do Polski z pewnością nie jest obojetny. Jestem pełen podziwu dla zmian, jakie zachodzą w Polsce, a więc jest to stosunek bardzo pozytywny. Jednocześnie dostrzegam jak wiele jest wciąż do odrobienia w stosunku do innych krajów Europy, jednak daleko mi do namolnego krytykanctwa, zwłaszcza że jestem świadom – i pamiętam – jakie były podstawy wyjściowe przemian ostatnich 20 lat. Nie jest to zatem stosunek negatywny, ale raczej podejście pełne zrozumienia i w sumie podziwu dla wszystkich, którzy codziennie borykają się z Polska 2009.

Ale to wszystko są detale. Jak jednak określić w sposób globalny mój stosunek do kraju ? Wydaje mi się, że najlepiej pasuje tutaj dość proste, ale jakże nośne porównanie współczesnej Polski do niezłej, atrakcyjnej, mocno odlotowej laski, która owszem – bardzo mi się podoba i która mnie pociąga, ale co do której jestem pewien, że nic by nie wyszło z jakiejkolwiek próby trwałego pożycia. Polska dzisiejsza jest niewątpliwie atrakcyjna, ale ja do niej nie pasuję. Mogę ja sobie podglądać na codzień (oczywiście nie w znaczeniu tabloidalnym), a nawet spędzić z nią parę miłych chwil raz na jakiś czas, ale to wszystko.

Co chcę przez powyższe stwierdzić to fakt, iż mentalnie chyba stałem się Kanadyjczykiem aż po wnętrzności: z lekka rozleniwionym jako taką stabilizacją, północno-amerykańską normalnością (o ile taka istnieje), ale z pewnością rozleniwiony przewidywalnością, jaka wynika z tutejszych warunków i stylu życia. To oczywiście bardzo wygodne żyć w takich warunkach, ale…

Taaa… Polska jest trochę jak Doda (co nie znaczy, że akurat ona mi się podoba i mnie pociąga) lub jak każda inna gwiazdeczka z Gali czy z Vivy,  zaś Kanada to nasza “stara”: też zadbana, ale inaczej, bardziej po papilotowemu niż po dodowemu. Na Dodę lub inną gwiazdeczkę miło jest popatrzeć, ale i tak wiadomo, że mieć jej nie będę, już choćby dlatego, że wystarczy tylko wyobrazić sobie codzienne życie z kimś pokroju Dody żeby z niejaką ulgą wracać do poczciwej, przewidywalnej do bólu “starej”. Czyli do Kanady.

I dlatego chylę czoła przez wszystkimi, którzy Polskę – Dodę mają na codzień. To moja pierwsza impresja z Polski.

CDN

Doda
Remigiusz Józefowicz.
To zdjęcie jest udostępnione na licencji
Creative Commons Uznanie Autorstwa

Izo-utopieni

13 czerwiec 2009

Jest takie miejsce w Kanadzie, które nazywa się Chalk River (Ontario). Znajduje się tam reaktor atomowy, o którym jest bardzo głośno ostatnio.

Każdy z nas (czego nikomu nie życzę) może być kiedyś zmuszonym poddać się badaniom przy użyciu izotopów. Nie trudno sobie wyobrazić okoliczności związane z takim badaniem. I dlatego nikomu nie życzę, aby taka konieczność zaistniała. Izotopy stosowane są do różnych celów, począwszy od diagnostyki, a skończywszy na terapii. Ich produkcja ma miejsce z reguły w reaktorach atomowych, i właśnie dlatego Chalk River jest miejscem tak ważnym nie tylko w Kanadzie czy w Ameryce, ale ważnym dla całego świata. Reaktor w Chalk River zaspokajał ok. 30-40% światowego zapotrzebowania na izotopy stosowane w medycynie i w badaniach. Celowo pisze “zaspokajał”, bo z przyczyn technicznych reaktor, o którym mowa stoi, a wraz z nim produkcja izotopów.

Izotop to produkt, którego nie da się składować na zapas. Połowiczny czas rozkładu tych substancji (maksymalnie krótki w przypadku izotopów stosowanych w medycynie) sprawia, że dla normalnego funkcjonowania oddziałów onkologii czy rentgenologii niezbędne jest słale, niczym nie zakłócone dostarczanie świeżych izotopów, jeszcze gorących, można powiedzieć. Awaria kanadyjskiego reaktora, druga w ciągu ostatnich paru lat sprawia, iż wiele szpitali stanęło przed poważnym problemem, a wraz ze szpitalami: pacjenci – pacjenci, dla których w ciągu następnych dni czy tygodnia miało się rozstrzygnąć, czy raz już zaleczony rąk wrócił, czy też mogą oni spać spokojnie. Szpitale stają na głowie, żeby zdobyć potrzebne im izotopy, ale dziura o rozmiarach 40% procent produkcji światowej nie jest tak łatwa do załatania natychmiast przez inne kraje.

Kanada, złotymi ustami naszego premiera zapowiedziała, że wraz z końcem żywotności reaktora Chalk River wycofa się z międzynarodowego podziału pracy w dziedzinie produkcji izotopów. Oczywiście stoją za tym względy finansowe. Gdzieś padła liczba 500 min dolarów jako koszty utrzymania produkcji w Chalk River, i jako usprawiedliwienie decyzji rzadu. Nie wiem, czy to usprawiedliwienie wystarczy. Nawet jeśli istnieją inne metody produkcji izotopów (a istnieją, np. przyspieszacze cząstek), to czy będą one w stanie pokryć niedobór spowodowany wygaszeniem reaktora w Chalk River ? A swoja droga, skoro dziś premier Kanady tłumaczy, że przecież reaktora atomowego nie buduje się z miesiąca na miesiąc, to czy – z uwagi na międzynarodowe zobowiązania Kanady w dziedzinie produkcji izotopów – nie można było przewidzieć albo budowy następcy liczącego ponad 50 lat reaktora, albo scedować produkcję komuś innemu w sposób płynny i bezbolesny ? To w końcu pacjenci cierpią z powodu braku izotopów i rządzącym Kanadą życzę, żeby i oni nie znaleźli się w kolejce oczekujących na dostawe.

PS. Jadę do Polski na dwa tygodnie, a więc do końca czerwca przerwa w dostawach PAPKI. Już wiecie z kogo biorę przykład…

Chalk_River_Labratoriesphoto: wikipedia

Bixi

10 czerwiec 2009

Montreal dorobił się systemu bixi. Wtajemniczeni z Europy pewnie wiedzą o co chodzi: popularny samoobsługowy system publicznych rowerów do wynajęcia. Jednak na kontynencie amerykańskich bixi to nowość i Montreal jest pierwszym miastem, które wzbogaciło swój system transportu publicznego o rowery.

Ponieważ nie mieszkam w samym Montrealu, ale na jego przedmieściach, które są odrębną strukturą administracyjną, a więc “u mnie” bixi nie ma. Poza tym mam swój rower, którym jeżdżę wszędzie, w tym i do pracy, tak więc nie potrzebuję roweru publiczengo. Nie mniej dla tych, którzy nie mają wyboru, bixi stanowi ciekawą opcję. Wynajem roweru kosztuje 5 dolarów na dzień, ale można też wykupić abonament (miesięczny, roczny), zaś jego koszt w jakiś sposób obniża koszt miesięcznej karty użytkownika transportu publicznego. Bo to jest właśnie idea systemu zintegrowanego: z roweru do metra, z metra do autobusu, z autobusu na rower, jeśli tylko zajdzie potrzeba. Z tym ze bixi dostępne są tylko w obrębie szerzej rozumianego centrum miasta.

Oczywiście rower również wymaga infrastruktury. W Montrealu coraz więcej jest ulic, na których wytycza się ścieżki rowerowe, i w sumie działa to bardzo dobrze, gdyż kierowcy są na ogół kurtuazyjni wobec rowerzystów. Bardziej kurtuazyjni niż rowerzyści dla kierowców, gdyż ci pierwsi wymuszają często pierwszeństwo, nie przestrzegają czerwonego światła, jeżdżą pod prąd. Na szczęście obywa się bez poważniejszych wypadków.

Bixi już się przyjął. Jednak jak będzie to działać w zimie ? – nie wiem. Chyba nie będzie, gdyż z uwagi na akumulację śniegu i konieczność mechanicznego oczyszczania ulic, stanowiska z rowerami będą prawdopodobnie usunięte po określonej dacie (z reguły po 15 listopada), aż do wiosny.

Przy okazji inauguracji bixi pojawił się w Internecie flog, czyli fałszywy blog założony w celach marketingowych. Na flogu tym fikcyjne postacie wpisują swoje entuzjastyczne opinie o bixi. Ponoć flogi to w tej chwili dość powszechna forma oddziaływania na konsumenta. Nie wydaje mi się jednak, żeby w przypadku bixi flog był rzeczywiście konieczny. Montreal to miasto rowerów, dość intensywnie uprawianych tym bardziej, że przecież sezon nie trwa tutaj cały rok.

le-debut-du-bixi

Home

7 czerwiec 2009

Wczoraj obchodzony był Międzynarodowy Dzień Środowiska : World Environment Day, czyli WED.

Dlaczego pisze o tym dzisiaj ? Dlatego że wczoraj oglądałem wyemitowany na te okazję film pt.  Home, autorstwa Yanna Arthus-Bertranda. YA-B jako fotograf zasłynął cyklem zdjęć z lotu ptaka, które to zdjęcia objechały świat i ukazały się w niezliczonych publikacjach, począwszy od kalendarzy, a skończywszy na książkach z serii 365 Dni, gdzie każdy dzień ilustrowany jest pięknym zdjęciem (wciąż z lotu ptaka) jednego z uroczych zakątków Ziemi.

Film Home to w sumie diaporama złożona z ujęć, do których YA-B zdołał już nas przyzwyczaić. Co nie znaczy znieczulić na ich wyjątkowe piękno graficzne. Oglądając zdjęcia lub ujęcia firmowane przez YA-B nie sposób nie zachwycać się pięknem Ziemi, czy to w postaci uroku natury, czy też w formie uderzającego, specyficznego piękna dzieł ludzkich rąk i pomysłowości.

Oczywiście ładne obrazki to nie wszystko. Film Home opowiada o nas i wpływie naszej cywilizacji na środowisko. Nie, pokazany wczoraj obraz nie stanowi jednego wielkiego, ilustrowanego aktu oskarżenia. YA-B jest wyjątkowo powściągliwy w opiniach i pozwala, żeby fakty mówiły same za siebie. Wszyscy je znamy: 20% ludzkości konsumuje 80% zasobów naturalnych, 1 mld ludzi nie ma dostępu do wody pitnej, tyle a tyle procent żyje poniżej granicy obóstwa. Jednak najważniejszym z przekazów filmu Y-AB jest ten o prawdopodobnych konsekwencjach dalszego podążania ścieżką wytyczoną przez pogoń za ciągle wyższym i niczym nie ograniczonym wzrostem: gospodarki, konsumpcji, i… No wlaśnie.

W XIX wieku Gauguin zadał słynne pytania dotyczące każdego z nas z osobna i ludzkości jako całości:  skąd przybywamy ? Kim jesteśmy ? Dokąd zmierzamy ? Na pierwsze dwa pytania można sobie dość łatwo odpowiedzieć, aczkolwiek każda z odpowiedzi będzie inna. Ostatnie pytanie to wielka niewiadomą a odpowiedź zależy od nas samych, w tym od uczciwego zdefiniowania kim tak naprawdę jesteśmy my, każdy z nas, my jako gatunek, my jako cywilizacja.

Yann Arthus-Bertrand twierdzi, że wciąż nie jest za późno. Zgadzam się w pełni. Coraz więcej z nas zdaje sobie dokładnie sprawę z tego, kim jesteśmy i dokąd zmierzamy przy obecnym stanie rzeczy. Coraz więcej osób nie akceptuje tego stanu rzeczy.

Wczorajszy kim pokazano nie tylko w TV, ale również na pokazach publicznych w wielu miastach. W Quebeku przyszło nań ponoć sporo ludzi. Takie filmy dobrze przeżywa się wspólnie.

W końcu na pytania Gauguina też musimy sobie odpowiedzieć wspólnie.

Film Home dostępny jest w sieci. Polecam.

Pytanie

4 czerwiec 2009

Zupełnie przez przypadek trafiłem w zeszłym tygodniu na film dokumentalny o tym, jak projektowano i budowano Airbusa A380. Oczywiście zbieżność emisji z poniedziałkową katastrofą jest zupełnie przypadkowa: kto mógł w sobotę przewidzieć, że w niedzielę spadnie do oceanu samolot Air France ?

Na filmie pokazano w jaki sposób rozwiązywano wyzwania inżynieryjne stojące przed projektantami i konstruktorami, jakich nowych metod spróbowano, żeby A380 mógł nie tylko wznieść się w powietrze, ale jeszcze żeby był oszczędniejszy w zużyciu paliwa niż zwykły samochód osobowy (w przeliczeniu na kilometr i na przewieziona osobę). Istne cudo inzynierii.

Kiedyś podobny film nakręcono o Boeingu 777, od pierwszej koncepcji aż po pierwszy lot homologacyjny. Nawet deski ustępowe ulepszono, bo pasażerowie skarżyli się na to, że – z uwagi na cienkość przepierzeń w samolotach – ilekroć deska spadnie na muszlę, tylekroć wszyscy to słyszą, co może krępować. W związku z tym zastosowano amortyzator, który wyhamowywuje deskę i delikatnie opuszcza ją do położenia “roboczego”.

Od kilku dni słuchamy wieści o poszukiwaniach najpierw śladów katastrofy, potem szczątków samolotu, aż wreszcie o poszukiwaniach “czarnych skrzynek”. Te ostatnie wysiłki mogą okazać się bezowocne, gdyż w miejscu katastrofy ocean jest głęboki, a dno bardzo urozmaicone. “Czarne skrzynki” są natomiast istotne dla wyjaśnienia przyczyn katastrofy – niestety, ale często właśnie w ten sposób inżynierowie dowiadują się o tym, co pominęli przy projektowaniu lub w instrukcji przeglądu samolotu. Bez rejestratorów lotu katastrofa idzie na marne w tym sensie, że nie będzie można uniknąć podobnych wypadków w przyszłości, jeśli oczywiście przyczyna katastrofy jest natury technicznej.

Pisze o tym dlatego, że przy tych wszystkich cudach inżynieryjnych, w jakie wyposażone są nowoczesne samoloty, przy tych kompozytach, komputerach, GPS-ach, hi-tek deskach klozetowych itp, dlaczego nikt nie wpadł na pomysł, żeby zrobić pływające “czarne skrzynki” ? Skoro tobogany ewakuacyjne czy nawet kamizelki ratunkowe w samolocie nadmuchują się niemal samoczynnie, to czemu nie można wyposażyć w podobny system rejestratorów lotu ? Ot, nadmuchujący się pod wpływem kontaktu z wodą pływak, który wyniesie bliżej powierzchni lub na powierzchnię to, na szukanie czego poświęca się tyle czasu i środków, często bezowocnie, gdy nie znajdzie się “skrzynek” przed wygaśnięciem sygnału naprowadzającego.

Proste jak… deska klozetowa ?