Osobisty

15 maj 2009 - autor: jacobsky

Dziś minęło 20 lat od mojego przyjazdu do Kanady. Przeleciało szybko, treściwie, ale normalnie, z dołkami i wzlotami, z momentami chwalebnymi oraz dającymi mniej powodów do zadowolenia. Gdyby mnie tego pamiętnego dnia zapuszkowali na dożywocie, to dziś miałbym już prawo ubiegać się o warunkowe zwolnienie przedteminowe. Życie na wolności nie przewiduje jednak takiej instytucji, życie na emigracji z reguły również, szczególnie wobec tych, którzy zapuścili korzenie na obczyźnie, obrośli tutejszością, i dla których codzienność polska  – nie polityka, ale właśnie życie codzienne w Polsce stało się życiem w obcym w sumie kraju.

Nie myślę już o powrocie tak, jak myślałem o tym kiedyś, na początku. Bo na początku zawsze jest ciężko i wtedy jeszcze bardziej ckni się za domem. Potem to mija – życie codzienne to jednak najlepszy lekarz na nostalgię, o ile oczywiście życie wnosi coś na tyle wartościowego, żeby odwrócić naszą uwagę od przeszłości i teraźniejszości w Polsce. Nie mniej mija parę dobrych lat, żeby przy kolejnym powrocie z odwiedzin w Polsce, kiedy wsiadamy do samolotu lecącego za Atlantyk, do Ameryki, nagle ogarnęło nas uczucie, że oto wracamy do domu – uczucie, które do tego momentu towarzyszyło nam zawsze, kiedy wsiadaliśmy do samolotu lecącego do Europy.

W ogóle przestałem chyba myśleć o powrocie do Polski. Za miesiąc lecę znowu do Starego Kraju, ale jeśli myślę przy tej okazji o powrocie, to jest to raczej rozmyślanie o tym, co mnie czeka tutaj, po powrocie z podróży.. I dobrze. Tak powinno być. Dzięki internetowi i tak żyjemy za bardzo w dwóch światach jednocześnie, gdy tymczasem nasze życie realne ma miejsce tylko tutaj, w moim przypadku: w Kanadzie.

Nie żałuję tych 20 lat, ale też gdybym jeszcze raz miaxstanąć przez decyzją wyjazdu z Polski na stałe, zwłaszcza na inny kontynent, to chyba bym nie wyjechał. Z uwagi na ten cholerny dystans, logistykę związaną z każdą podróżą (i z kosztami…), i w ogóle z uwagi na tzw. całokształt. Ale cóż, żyje się raz, odwołania od raz podjętych decyzji nie ma, a każda następna, podjęta po to, żeby anulować skutki poprzedniej decyzji może okazać się jeszcze gorsza. I dlatego szykuję się na następne 20 lat, a może i więcej, choć to nie tylko ode mnie zależy…

Powiastka

8 maj 2009 - autor: jacobsky

W końcu dotarła i do mnie. Mowa o grypie. Nie dotarła osobiście, w formie choroby, lecz jako powiastka administracyjna rozesłana do wszystkich pracowników college’u.

A więc administracja śledzi pilnie rozwój sytuacji przypominając jednocześnie, że trzeba myć często ręce, unikać czułych przywitań z uściskami i ucałowaniami (Quebek, podobnie jak Francja, ale trochę mniej niż ta ostatnia, jest bezbronny na odcinku powitań i “dubeltówka” jest tutaj dość powszechnie stosowania na powitanie, co może sprzyjać rozprzestrzenianiu się ewentualnej pandemii). Należy również kichać “do łokcia”, a nie do ręki, jeśli nie ma się chusteczki pod ręką, aby zasłonić twarz. Nie należy natomiast kozaczyć i przychodzić do pracy jeśli zauważymy u siebie objawy grypowe, szczególnie w towarzystwie gorączki powyżej 38 stopni. Mowa jest też o maskach jeśli przyjdzie pracować w okresie pełnego rozwoju epidemii. W tym kontekście administracja zapewnia, że opracowany został plan awaryjny określający zakres działania placówki w sytuacji dramatycznego wzrostu zachorowań na grypę lub pogorszenia sytuacji na odcinku powikłań związanych z chorobą.

Jak dotąd Quebek stwierdził 3 przypadki zachorowania na grypę A/H1N1. Wszystkie trzy dotyczyły osób albo powracających z Meksyku, albo żyjących z kimś, kto wrócił z tego kraju – kraju szczególnie odwiedzanego na początku wiosny przez poszukujących słońca i ciepła tropikow. Po dwóch tygodniach grypa zeszła z czołówek doniesień prasowych, choć dziś czy wczoraj podano, że jedna osoba chora na tę grypę właśnie zmarła.

Muszę przyznać, że na początku tej całej historii miałem trochę pietra w tym sensie, że  – jako wykształcony w dziedzinie mikrobiologii/wirologii rozumiem sens zagrożenia, jakie przychodzi z wirusem jak A/H1N1. Teraz jestem trochę spokojniejszy (w końcu idą wakacje…), ale nie oznacza to, że ewentualna pandemia tak szybko zniknie jak się pojawiła. Niestety, jeszcze nie wszystkie karty został rozegrane przez A/H1N1 i wirus ten wciąż trzyma całkiem sporo atutów “przy orderach”. Dlatego też powiastka administracyjna ma według mnie sens oraz szerszą rację bytu niż tylko i wyłącznie kontekst grypy. W końcu kichanie w sposób bezpieczny czy częste mycie rąk przebywając w miejscach publicznych nikomu nie zaszkodziło, a już szczególnie nie zaszkodziło publicznemu bezpieczeństwu zdrowotnemu.

25732242

Kapitalizm

5 maj 2009 - autor: jacobsky

Jakiś czas temu, przy okazji podziału mienia, sprzedaży domu itp. kupiłem kuchnię. Potrzebowałem, bo w mieszkaniu, które wynająłem nie było. W Ameryce bardzo często kupuje się albo dwa graty (kuchnia i lodówka), albo cztery, jeśli potrzeba (kuchnia, lodówka, pralka i suszarka). Deal był jaki był: bez odsetek, rozłożone na 18 rat, z dostawą do domu. Ani się nie targowałem, ani nie latałem po całym mieście, żeby zbić z ceny 20 czy 30 dolarów.

Praszło sorok liet… no może nie tyle ! Minęły dokładnie 4 lata, a więc prawie trzy razy tyle, co okres spłat ratalnych. Innymi słowy kuchnia już jest dawno spłacona, a nawet sprzedana, co było konieczne z uwagi na fakt, że MOK (dla przypomnienia: Moja Osobista Kanadyjka) też była w pełni wyposażona na tym odcinku. I byłbym zapomniał o całej sprawie gdyby nie fakt, że płacąc ostatnia ratę nadpłaciłem. Nadpłaciłem dokładnie 1,12 CAD. Innymi słowy kredytodawca jest mi winien. I co z tego ? – można zapytać. Kto o zdrowych zmysłach dopominałby się o spłatę takiej kwoty ? Ja w każdym razie nie dopominałbym się, choć być może powinienem, bo to ja jestem wierzycielem. Tyle ze mój dłużnik jest bardziej pro-aktywny ode mnie i nie daje mi zapomnieć o wiążącej nas wierzytelności. Każdego miesiąca dostaję od niego rachunek na dwie strony, na którym widnieje, że mam u niego 1,12 dolara kredytu.

Nie wiem ile kosztuje obsługa mego konta. Pewnie grosze. Wiem za to, że każdego miesiąca mój dłużnik wydaje 65 centów na opłatę pocztową plus pewnie centa na papier, i tak od prawie od dwóch lat. Nie chce mi się liczyć, ale na te przypominanie się dłużnik musiał już wydać ok. 15 dolarów. To oczywiście pestka dla dłużnika – poważna instytucja kredytowa obsługująca poważny sklep meblowy, ale…

Pisze o tym stale przypominając sobie, w jakim to zaklętym świecie żyłem w peerelu, gdzie jedną z wiodących bajek była ta o niesamowitej wydajności, skuteczności i racjonalności kapitalizmu, oczywiście w zestawieniu z socjalizmem. Nie twierdzę, że cały kapitalizm jest jak mój nieszczęsny dłużnik, ale też dziś, kiedy jesteśmy obowiązkowymi widzami degrengolady instytucji finansowych, historyjka jak moja, choć to tylko kropelka z oceanu pieniędzy wyparowanych/wpompowanych w finanse, nabiera zupełnie innego sensu.

Nie będę ingerował w działanie mego dlużnika. Widać jeszcze nie dobił do dna, orkiestra wciąż gra na pokladzie. Oby jak najdłużej, czemu nie ? Tylko skąd to żałosne wycie syren, które nas ogłusza od jesieni ?

Dzień Polonii

2 maj 2009 - autor: jacobsky

Dzień Polonii. Tak chce oficjalny kalendarz. Jak wygląda dzień Polonii w Montrealu ? Nie Dzień przez duże “D”, ale po prostu zwykły dzień Polonii ?

Akurat w tym roku wypadło na sobotę, a więc dla tych, którzy uważają to za konieczne sobota rano oznacza polską szkolę sobotnią. Takich jest kilka w Montrealu, w tym jedna o statusie szkoły uznanej przez polski MEN, a prowadzona przy konsulacie RP. Pozostałe szkoły społecznościowe mają na celu po prostu zapoznanie z Polską dzieci urodzonych tutaj, czasem z małżeństw mieszanych, gdzie język polski nie koniecznie jest pierwszym językiem używanym w domu. Nauczyciele to oczywiście społecznicy, a więc z poziomem bywa różnie, lecz chyba nieźle, gdyż nie słyszałem o tym, żeby jakiś uczeń nie zdał z klasy do klasy.

No a jak polska szkoła sobotnia, to koniecznie z pączkami z polskiej piekarni. Tych jest chyba ze dwie, w tym jedna, Wawel, całkiem rozbudowana, z siecią sklepów w całym Montrealu. Zresztą sobota to i tak dzień intensywnych zakupów w tzw. polskich sklepach (a.k.a. “kiełbasiarnie”): od prasy i chleba poprzez importy z Polski, aż po polskie wędliny lokalnej produkcji. Jeśli zakupy wypadają po południu, to można w samochodzie przy okazji posłuchać polskiej audycji radiowej – dwie godziny w wykonaniu lokalnego zespołu. Jest też polska telewizja (chyba pół godziny tygodniowo – nie wiem, nie oglądam).

Maj, nawet jego drugi dzień to oczywiście nabożeństwa okolicznościowe w polskich kościołach, a także przygotowanie do pierwszej komunii, często odbywane grupowo, według przynależności do szkoły sobotniej. Polska formuła pierwszej komunii nie ma granic i w Montrealu komunię obchodzi się tak samo hucznie i uroczyście jak w kraju. Kwestia gustu.

A wieczorem zwykle zajęcia domowe, indywidualne albo w grupach, np. polska TV z satelity, polski film z wypożyczalni . Jeśli chodzi o imprezy polonijne, to w tym roku, 2 mają mamy do wyboru albo koncert chóru, albo bał 3-majowy.

I tak wygląda dzień Polonii montrealskiej w Dzień Polonii.

Po prostu Dzień jak codzień…

1 maja – reaktywacja

1 maj 2009 - autor: jacobsky

Pierwszy maja… czemu nie spróbować reanimacji akurat w Święto Pracy ?
Zwłaszcza, że jest to święto, którego tutaj nie obchodzimy, a więc 1 maja to dzień jak codzień ?

Nie mniej 1 maja ma Quebeku wpływ na sytuację klasy robotniczej, i to tej najmniej zarabiającej. Tradycyjnie już, z dniem 1-go maja rząd podnosi wysokość płacy minimalnej. Od dziś wynosi ona 9 dolarów brutto za godzinę . Po odliczeniu podatków wyjdzie gdzieś ok. 6,5 dol. do ręki. Nie jest łatwo wyżyć za takie pieniądze w Montrealu, gdzie wszystko jest dość drogie w porównaniu z resztą Quebeku. Wiele osób zarabiających minimum ledwo wiąże koniec z końcem, zasilając klientelę banków żywnościowych i innych jednostek charytatywnych, których zadaniem jest wspomaganie najmniej uposażonych. To dość nowe zjawisko w obserwowanej obecnie skali: pracujący, ale żyjący na poziomie minimum socjalnego. Niektórzy twierdzą, że już lepiej jest przejść na zasiłek socjalny (ok. 600 dol. miesięcznie, jeśli z dziećmi, to wtedy łatwo zasiłek przekracza 1000 dol.), dorobić trochę “na czarno”, ale zachować przywileje idące z socjalem, takie jak np. bezpłatna opieka dentystyczna (oczywiście w wymiarze podstawowym i niezbędnym, a nie np. protetyka kosmetyczna) czy leki. Wiele osób pracujących za minimum musi dojechać do pracy, czy to transportem publicznym (koszt karty miesięcznej – ok 80-120 dol., w zależności od strefy), czy samochodem (autobus nie dowozi wszędzie), jeśli takowy posiadają. A koszta utrzymania samochodu są jeszcze wyższe niż koszt karty miesięcznej. Plus ubranie, jedzenie związane z pracą, no i, dodatkowo, normalne koszty utrzymania, które ostatnio poszły ostro w górę, co widać np. po cenie koszyka z jedzeniem.

Nigdzie nie jest łatwo wyżyć z minimum płacowego. Kiedy dwadzieścia lat temu przyjechałem do Quebeku, minimum płacowe wynosiło 4,25 dolara za godzinę. Tak, oczywiście, że przez jakiś czas i ja zarabiałem minimum, bo zanim się człowiek nie zorientował i nie znalazł czegoś lepiej płatnego, to z czegoś trzeba było żyć. I owszem, dało się wyżyć, ale było ciężko. Wtedy pensja 9 dolarów za godzinę wydawała mi się luksusem, a kiedy znalazłem coś za trochę więcej niż 9 dolarów, to wydawało mi się, że złapałem boga za nogę, a przynajmniej za duży palec od nogi. Dziś owe 9 dolarów to minimum, z którego również trudno wyżyć jak wtedy za 4,25 dol. za godzinę. O czymś to świadczy, tylko ciągle nie wiem o czym. W końcu nie jestem ekonomistą, ale trybikiem w machinie ekonomicznej, głupcem, któremu ciągle krzyczą do ucha “Ekonomia, głupcze !” No i… ?

1maja1

Obszerne streszczenie artykulu Macieja Ilowieckiego na temat kondycji spoleczenstwa polskiego po 40 latach istnienia PRL.

9 kwiecień 2009 - autor: jacobsky

Maciej Ilowiecki: W cieniu i na wulkanie. Artykul napisany w oparciu o najwazniejsze dane, zebrane w latach osiemdziesiatych, a wiec w schylkowym okresie peerelu, i ukazujace stan spoleczenstwa polskiego przed Przelomem, po ponad 40 latach socjalizmu. Artykul ukazuje w sumie stan szkod, ktory to stan Ilowiecki – analityk owczesnej terazniejszosci (tekst powstal w 1988 roku) – nie omieszkuje nazwac katastrofa.
Artykul dzieli sie na czesci i postaram sie zreferowac kazda z nich, a takze przedstawie wnioski koncowe Ilowieckiego, sformulowane na podstawie calosci materialu.

1. Tendecje deograficzne. Oboki suchych danych ludnosciowych, autor przedstawia kilka zjawisk demograficznych z lat 80-tych, w tym np. szczyt urodzen w 1983 roku, po ktorym nastapil gleboki i dlugotrwaly niz oraz wzrost tzw liczby tzw. osob zaleznych, tj w wieku do 16 i od 65 lat. Szczegolnie szybko rosla w koncu lat 80-tych liczba osob w wieku poprodukcyjnym, ale pod tym akurat wzgledem Polska nie odstawala od innych krajow uprzemyslowionych. Przyrost ten byl szczegolnie szybki na wsi. Inna cecha polskiego spoleczenstwa schylkowych lat peerelu byla defeminizacja wsi i feminizacja miast, co rowniez mialo znaczenie dla zarysowujacych sie zjawisk spolecznych.

Dalej Ilowiecki zatrzymuje sie dluzej przy fenomenie, ktory  – patrzac z dzisiejszej perspektywy – moze wiele wytlumaczyc jesli chodzi o postawy, na ktore skarza nie krytycy ostatniego 20-lecia Polski. Postaram sie przytoczyc w calosci ten fragment.

“Spoleczenstwo polskie niektorzy socjologowie nazywaja chlopskim. Wprawdzie w latach 80-tych 22 miliony Polakow mieszka w miastach (66% narodu), a tylko 15 milionow na wsi (30% czynnych zawodowo pracuje  w rolnictwie), ale w ciagu ostatnich 40 lat [1948 - 1988; Jacobsky] ze wsi do miast przenioslo sie 6 mln ludzi. Stanowi to prawie polowe przyrostu ludnosci miejsciej w Polsce po wojnie. Ogromna liczba mieszkancow miast to sa dzieci rolnikow w pierwszym pokoleniu. Istotny czynnik stanowi tez pochodzenie elit wladzy: oto 35% obecnej [1988] elity rzadzacej (politycznej i gospodarczej) zamieszkiwalo na wsi w dziecinstwie. To samo dotyczy 60 % robotnikow wykfalifikowanych. Mimo wiec formalnej przewagi miasta nad wsia byc moze uzasadniona jest hipoteza, iz wspolczesne spoleczenstwo polskie w sensie demograficzno-kulturowym jest chlopskie. W kazdym razie kulturowo cechy chlopskosci wystepuja dzis znacznie wyrazniej niz np. przed wojna, czy tez w ogole w okresie ostatnich 200 lat. owa chlopskosc (przypominam, iz nie chodzi tu o przynaleznosc klasowa) mialaby oznaczac wzmocnienie pewnych cech psychicznych i pewnych postaw, wypierajacych dawne cechy, charakterystyczne dla inteligencji pochodzenia szlacheckiego czy tez robotnikow bedacych robotnikami od pokolen. Wsrod tych cech chlopskich musialby sie znajdowac: specyfyczny indywidualizm (albo antywspolnotowosc), cierpliwosc i rodzaj pokory w znoszeniu niepowodzen, zapobiegliwosc, niechec do ryzyka, nieufnosc wobec swiata zewnetrznego i w ogole zmian, poczucie niepewnosci losu jako normalnego stanu zycia, pewien sentyment do munduru i zaufanie do “dobrego wladcy” [tutaj Ilowiecki twierdzi, ze to ostatnie wyjasnia w pewnym sensie fenomen istnienia w spolecznstwie stosunkowo wysokiego poziomu zaufania do wojska i osobiscie do gen Jaruzelskiego]. Chlopskosc mialaby sie tez cechowac specyficznym brakiem wyobrazni, a takze orientacja na posiadanie rzeczy i na kariery typu urzedniczego. Jest to takze postawa pewnego lekcewazenia wobec dobr kultury i w ogole kultury umyslowej, wrogosc do intelektualizmu. Wreszcie chlopskosc odznacza sie szczegolnym przywiazaniem do religii i kosciola, ale bardziej obyczajowo niz swiatopogladowo.”
Koniec cytatu.
Wedlug Autora nie trzeba przywiazywac zbytniej wagi do domniemanych cech chlopskich, ale tez moga one tlumaczyc pewne zmiany etosu Polakow, w tym pewne cechy wlasciwe owczesnym elitom wladzy.

2. Zagrozenie biologiczne. Wskaznik podstawowy: smiertelnosc niemowlat. Oczywiscie wskaznik tez zmiejszal sie na przestrzeni 40 lat, ale w 1987 roku wynosil on 19 promili, co stawialo Polske na czwartym miejscu od konca w Europie, przez Rumunia, Jugoslawia i Portugalia. Dal porowniania: w Szwecji wskaznik ten wynosil wtedy 6 promili. Jednoczesnie w latach 80-tych rosla systematycznie liczba zgonow, zwlaszcza wsrod mlodych ludzi czynnych zawodowo. W grupie wiekowej 15-34 lata, pod wzgledem wskaznika umiealnosci Polska lat 80-tych znajdowala sie na drugim miejscu w Europie (po Portugalii). Przyczyna byl wzrost wypadkow przy pracy, zatruc, i w ogole zlych warunkow BHP. Jak pisze Autor: “w panstwie, ktore samo siebie nazwalo socjalistycznym, 300 tys ludzi pracuje w warunkach sprzecznych ze wszelkimi normami.” Kazdego roku na renty inwalidzkie przechodzilo 100 tys osob, z czego 34 tys to ludzie, ktorzy nie przekroczyli 35 roku zycia. W grupie wiekowej 35-64 wskaznik umieralnosci stawial POlske na czwartym miejscu w Europie, zas od 1970 roku, w grupie tej, umieralnosc wzrosla o 65 %, nie tylko z powodu chorob cywilizacyjnych, ale tez na skutek chorob zakaznych i pasozytniczych. W tej ostatniej kategorii (choroby zakazne i pasozytnicze) PRL lat 80-tych zajmowal pierwsze miejsce w Europie. PRL charakteryzowal rowniez najwyzszy w Europie wskaznik nadumieralnosci mezczyzn. Polak rodzaju meskiego mial najkrotsza w Europie srednia trwania zycia. Do tego dokladal sie niepokojacy wzrost liczny rodzacych sie dzieci niepelnosprawnych, glownie w skutek postepujacego zatrucia srodowiska naturalnego, nie tylko w PRL, ale rowniez w Czechoslowacji i w NRD.
Na pogarszanie sie zdrowotnosci POlakow wplywala takze stale rosnaca liczba palacych. Polska miala najwyzszy w Europie wskaznik palacych i jedne z najgorszych jakosciowo papierosow. Drugim czynnikiem byl alkoholizm. Obliczano, ze ok. 4 mln Polakow pilo inensywnie, z czego 1 mln nalogowo, w stopniu kwalifikujacym sie do leczenia.

3. Antropologia i rozwarstwienie spoleczne. Wsrod antropologow panuje przekonanie, ze roznice we wzrastaniu i w tempie dojrzewania mlodziezy sa majbardziej obiektywna miara stopnia rownosci danego spoleczenstwa (albo nierownosci spolecznej) i opiekunczosci danego systemu spolecznego (lub jego niesprawnosci). We wszystkich krajach dzieci z warstw “gornych” dojrzewaja szybciej i sa lepiej rozwiniete fizycznie, niz dzieci z wartw “nizszych” (pod wzgledem zamoznosci, ale tez wyksztalcenia). Jednak im mniejsze rozwarstwienie spoleczne, tym roznice antropologiczne sa rozniez mniejsze. Jako przyklad kraju, gdzie w koncu lat 80-tych nie stwierdzano statystycznie istotnych roznic Autor podaje Szwecje.

W schylkowym PRL wkaznik zroznicowania antropologicznego byl wciaz bardzo duzy. Badania wsrod poborowych oraz mlodziezy szkolnej wykazywaly, ze srednia dlugosc i waga ciala  obnizaly sie regularnie w zaleznosci od statusu spolecznego ojca (im nizszy status – np wyksztalcenie, tym nizsze wskazniki), ilosci rodzenstwa (wielodzietne rodziny – gorsze wskazniki) i od miejsca zamieszkania (najgorzej na wsi, najlepiej w miastach powyzej 500 tys mieszkancow). Roznice jesli chodzi o wiek dojrzewania dziewczat wykazywaly podobna tendencje.

Badania antropologiczne wykonano w PRL w latach 1955, 1966 i 1978, i choc stwierdzono ogolny przyrost wskaznikow dotyczacych rozwoju fizycznego ciala, to wyzej wspomniane roznice raczej sie poglebialy. Jeden z autorow tych badan, prof. Tadeusz Bielicki podsumowyje, ze wskazniki antropologiczne stanowia mocne potwierdzenie faktu, ze w Polsce im rodzina blizej “czystego rolnictwa”, tym gorszy standard zycia dzieci. A opoznienie w dojrzewaniu mozna rozumiec jako niemoznosc pelnego wykorzystania potencjalu rozwojowego tkwiacego w genotypie, i w takim ukladzie obserwowane roznice antropologiczne daja swiadectwo spoleczno-ekonomicznego uposledzenia niektorych, duzych liczebnie grup spolecznych i zawodowych. Maciej Ilowieki dodaje dla porzadku, ze antropologiczne oznaki gorszego poziomu zycia nie musza miec ujemnego znaczenia potem, w dalszym zyciu (badan na ten temat nie robiono).

Postawy i poglady Polakow (streszczenie raportu Polskiego Towarzystwa Socjologicznego oraz innych badan).

4. Kilka uwag o swiadomosci. Tak zwana potoczna swiadomosc narodowa Polakow uksztaltowala sie przez swoiste polaczenie pewnych wartosci zawartych w pojeciu socjalizm z wartosciami wlasnej, specyficznej tradycji polskiej. Produkt tego poleczennia – system wartosci – jest z kolei przeksztalcony przez 40-letnie doswiadczenie tzw. polskiej rzeczywistosci. Polacy dosc powszechnie akceptuja rownosc i sprawiedliwosc spoleczna, zasade ubezpieczen spolecznych, odpowiedzialnosc panstwa za zaspokojenie potrzeb obywateli, prawo do pracy. W gospodarce akceptuje sie nacjonalizacje przemyslu ciezkiego, transportu oraz pewne zasady planowania – w tym sensie spoleczna swiadomosc Polakow zostala uksztaltowana prezz system, ktory dzis [1988 - Jacobsky] odrzucany jest niemal przez wszystkich. Z drugiej strony Polacy sa za calkowita wlasnoscia prywatna w rolnictwie i czesciowo w handlu, drobnym przemysle oraz w uslugach i rzemiosle. Do tego dochodzi szczere przywiazanie do wartosci demokratycznych (choc coraz bardziej ujawniaja sie tendencje konserwatywne), a takze do religii i Kosciola. Na tym tle socjologowie zaobserwowali wystepowanie coraz czytelniejszych roznic.

5. Natura konfliktu – stan na druga polowe lat 80-tych. A raczej dwoch konfliktow zasadniczych. Pierwszy, niemal permanentny, to konflikt miedzy spolecznymi potrzebami i aspiracjami a ksztaltem i efektywnoscia systemu gospodarczo-politycznego (czyli rzeczywistoscia). Drugi konflikt osiagnal swoja apogeum w latach 1980 – 1981: konflikt pomiedzy wladza a aktywna opozycja. Pierwszego konfliktu nie da sie wyeliminowac bezkonsekwentnej i calkowitej przebudowy anachronicznej gospodarki i wyzwolenia incjatywy, energii i zdolnosci ludzkich – a takze bez prob rozwiazania konfliktu drugiego [przypominam: opracowanie Ilowieckiego pochodzi sprzed przelomu - Jacobsky].

Badania socjologiczne wykazuja, ze pierwszy konflikt (spoleczne aspiracje – rzeczywistosc) odczuwa zdecydowana wiekszosc spoleczenstwa, w tym takze wielu zwolennikow systemu. W konflikcie drugim zaangazowanych jest  – jako przeciwnicy wladzy – ok 30 % Polakow (stan na 1987 rok). Oczywiscie ogromna wiekszosc zaangazowanych w drugi konflikt odczuwa takze konflikt pierwszy. Z drugiej strony 70% nie uczestniczacych w drugim konflikcie okreslana jest jako sfera szarosci, choc potencjalnie moga one stac sie rowniez przeciwnikami systemu, to trwaja oni w stanie apatii czujac, ze nie tylko nie maja oni zadnego wplywu na funkcjonowanie panstwa i gospodarki, ale tez ze kazdy protest w tym (PRL) systemie jest nieskuteczny, a moze byc on rowniez kosztowny. Boja sie oni konfrontacji i nie wierza w kompromis, bo “wladza zawsze wykoleguje”, obawiaja sie zmian, ale jednoczesnie maja przekonanie, ze tak dalej byc nie moze. Opozycja idaca na kompromis moze utracic i tak nikle zaufanie i autorytet w oczach “szarej strefy”.

6. Podzialy. Czynniki dzielace Polakow – jako glowny: charakter zwiazku z wladza i wynikajace stad poczucie dobrej lub zlej jakosci zycia. Czyli podzial na tych, ktorym jest dobrze w tym systemie [socjalizm] i na tych, ktorym jest zle i coraz gorzej. Zupelnie inaczej niz podzialy klasyczne na bogatych i biednych, wierzacych i niewierzacych, itp. Wszyscy czerpiacy korzysci z systemu i zatem wspierajacy PRL sa w mniejszosci, ale stanowia oni grupe wcale nie mala: wraz z rodzinami ocenia sie ich na 3 – 4 mln ludzi. Dysponuja oni jednak tym, czym nie dysponuje reszta: wladza, sila i organizacja. Szczegolna grupe stanowil tutaj tzw. aparat terenowy oraz ta czesci glownie rolnikow, ktorym wiodlo sie stosunkowo dobrze, i ktora woli status quo od jakichkolwiek zmian. Ilowiecki zaznacza – co warto podkreslic – ze ci ludzie sa takze czescia narodu. W prawdziwie demokratycznej Polsce, oni takze musza znalezc swoje miejsce i swoja reprezentacje.

Wsrod najbardziej zdeycdowanych przeciwnikow systemu znajduja sie robotnicy wielkoprzemyslowi, wiekszosc inteligencji, oraz chlopow, a takze znakomita wiekszosc mlodziezy.

Nierownosci w schylkowym PRL ewynikaly zatem z omowionego wyzej podzialu, ale takze z innych podzialow. Autor zauwaza takze, ze nierownosci spoleczne w tym okresie malo zalezaly od kwalifikacji, wyksztalcenia, talentow, pracowitosci czy cech charakteru, przede wszystkim zas zaleza od ulokowania w systemie gospodarki i zarzadzania. Z ulokowania w systemie wynika miedzy innymi wysokosc zarobkow i rozne przywileje (lub ich brak). Na przyklad w pierwszej dziesiatce najlepiej zarabiajacych jest 6 zawodow gorniczych, ale nie ma ordynatorow szpitali, uczonych, rektorow, sedziow czy nauczycieli. Wsrod najgorzej zarabiajacych znajduja sie lekarze-stazysci, mlodzi nauczyciele, pielegniarki, drobni urzednicy. W dziesiatce najgorzej platnych zawodow nierobotniczych az cztery wymagaja studiow wyzszych, pozostale 6 – srednich szkol specjalnych.

W sektorze prywatnym (4% zatrudnionych poza rolnictwem, ktorzy wytwarzali 8% dochodu narodowego…) sytuacja byla inna i to stad, a takze z wyzszych szczebi wladzy oraz sposrod dyspozycyjnych intelektualistow wywodzila sie niezbyt liczna, ale bardzo rzucajaca sie w oczy grupa ludzi bogatych i bardzo bogatych.

Wiekszosc Polakow (nieco mniej niz 2/3) zylo na styk, natomiast 1/3 zyla na skraju ubostwa, to znaczy nie osiagajac oficjalnie ustalonego minimum socjalnego. Do tej grupy zaliczali sie rencisci, emeryci, liczne osoby niepelnosprawne, czesc robotnikow niewykwalifikowanych, drobni urzednicy oraz zaczynajacy prace mlodzi lekarze czy nauczyciele.

Z badan socjologicznych wynikalo, ze mlodziez polska II polowy lat 80-tych miala pelna swiadomosc, iz normalna praca nie zdobedzie sie ani mieszkania, ani dobr trwalego uzytku, ani nie zaspokoi ambicji zawodowych. Mlodzi ludzie widzieli, ze ani wyksztalcenie, ani pracowitosc, ani zdolnosci nie zapewnia im godziwego poziomu zycia i samorealizacji. Kwestia mieszkaniowa byla autentyczna tragedia. Jesli w 1970roku pelnoletnich czekajacych na mieszkanie bylo 370 tys, to w 1982 r bylo ich juz 1635 tys.

W zaistnialej sytuacji rodzily sie ostre frustracje, agresja, radykalizacja postaw oraz chec ucieczki poza system (np. Wyjazd za granice).

7. Przeswiadczenia. Sa to opinie deklarowane przez co najmniej 50% badanych z roznych srodowisk zawodowych i spolecznych i z roznych przedzialow wieku i wynienione w kolejnosci odzwierciedlajacej ich powszechnosc i wyrazistosc (im blizej poczatku, tym przeswiadczenie bylo silne i wyraziste).
a) kwalifikacje i rzetelna praca nie sa przydatne do awansu i nie maja zadnego zwiazku z zarobkami;
b) nieprzekraczalna granice awansu stanowi nomenklatura (250 tys stanowisk kierowniczych w gestii KC i Biura Politycznego – 4,5 tys, KW – 40 tys, komitetow nizszych szczebli – 205 tys.);
c) reformy gospodarcze nie maja sensu bez reform politycznych (demokratyzacja i samorzadnosc);
d) szanse dziecka zaleza od usytuowania w aparacie wladzy jego rodzicow, od “chodow” i lapowek.
e) malejace przeswiadczenie (dosc powszechne we wczesnych latach po II wojnie swiatowej), ze Polska jest krajem rownych szans dla mlodzezy z roznych warstw spolecznych;
f) malejace przeswiadczenie o atrakcyjnosci wyzszego wyksztalcenia;
g) rosnace przekonanie, ze godziwie mozna zyc tylko “na swoim” lub za granica;
h) rosnace przekonanie o stalym ograniczaniu praw obywatelskich;
i) rosnace przekonanie o calkowitej biurokratyzacji i korupcji administracji i o jej “nieprzyjaznosci” wobec obywatela
j) rosnace przekonanie o braku niezawislego sadownictwa i o ponadprawnej pozycji organow scigania

Zarazem utrwalaly sie przeswiadczenia pozytywne:
a) o donioslosci poszanowania praw jednostki i praw obywatelskich
b) o koniecznosci kontroli wladzy
c) o potrzebie istnienia legalnej opozycji
d) rosnaca dezaprobata wobec stosowania metod policyjnych.

8. Blokady, czyli analiza potrzeb spolecznych, ktore nie moga sie realizowac.
a) potrzeba efektywnej pracy, dzieki ktorej mozna realizowac w pelni swoje mozliwosci;
b) potrzeba swobodnego zrzeszania sie
c) potrzeba wolnosci slowa
d) potrzeba godnosci (chodzi tutaj takze o propagande, odczuwana jako brak szacunku dla ludzi i narodu)
e) potrzeba sensu zycia
Wedlug socjologow spoleczenstwo zablokowane w ten sposob nie jest w stanie rozwijac sie i wydajnie pracowac.

9. Frustracje i leki. Nowe cechy Polakow.
a) rosnace zmeczenie sytuacja i podatnosc na zmeczenie;
b) rosnaca sklonnosc do agresji;
c) rosnaca sklonnosc do nietolerancji i do przyjmowania postaw autorytarnych;
d) rosnaca sklonnosc do izolacji i do odsuwania sie od spraw publicznych;
e) rosnaca anomia (upadek autorytetow), a co za tym idzie – rozpowszechniajacy sie poglad, ze wszsytko jest dozwolone, w tym: ocena pozytywna “dawania sobie rady” za pomoca kretactwa, lapowek, “plecow”, brak szacunku dla wlasnosci wspolnej (spolecznej).; anomie potegowala inflacja i zmiennosc przepisow, ustaw, a takze poczucie tymczsowosci porzadku prawnego i ego nadmierna surowosc.
f) upadek etosu pracy i etosu calych grup zawodowych
g) pojawienie sie “wyuczonej bezradnosci”, czyli uznanie za normalne, iz nie ma sensu w tym, co sie robi (poza rodzina), ze peta biurokracji sa naturalne, a przepisy prawa w PRL musza byc absurdalne. Prowadzi to do wniosku, ze system wymusza bezradnosc ludzi i instytucji, i nie ma na to rady.
h) pojawienie sie “schizoidalnosci” spolecznej, czyli dzielenia rol prywatnych i publicznych. W sferze prywatnej ludzie dzialaja tworczo i wedle innych norm niz w sferze publicznej, gdzie dominuja dzialania ochronne, oportunistyczne, pozorne i dostosowawcze.
i) postepujacy rozpad myslenia o przyszlosci i myslenie kategoriami tymczasowosci
j) udzielanie sobie wewnetrznej zgody przez mlodych ludzi na marnowanie wlasnych zdolnosci i mozliwosci.
Zdaniem socjologow, wymienione zjawiska mialy dowodzic strasznej erozji moralnej, ktora niszczyla polskie spoleczenstwo.

Wnioski.
1. Odczucie poglebiajacych sie podzialow i nierownosci w spoleczenstwie polskim.
2. Rosnacy poziom zmeczenia, frustracji, apatii i leku oraz rosnacy poziom stresu.
3. Taki stres powoduje ujemne skutki biologiczne i uruchamia patologiczne mechanizmy obronne (np. alkoholizm, przemoc).
4. Zestresowane spoleczenstwo traci zdolnosc do mobilizacji, do walki o przyszlosc – i to nawet wtedy, kiedy nie kwestionuje sensu i skutecznosci zmiany stanu rzeczy. W PRL dodatkow wytworzyl sie “syndrom nieskutecznosci”: nie warto sie wysilac, bo i tak nic sie nie zmieni.
5. Dezintegracja wiezi spolecznych miedzy poziomem wspolnoty narodowej a poziomem malych grup rodzinno-towarzyskich.

Na podstawie: Maciej Ilowiecki “W cieniu na wulkanie” ze zbioru “Biale plamy”, tom III. Oficyna Literatow “Roj”, Warszawa 1989. ISBN 83-85049-05-3

Rzemiosło

11 wrzesień 2008 - autor: jacobsky

Mam szacunek do rzemieślników uprawiających tzw. rzemiosła dawne. I nie jest ważne, czy rzemiosło dawne stanowi dla nich podstawowe źródło utrzymania, czy też czynią to li tylko z zamiłowania do tradycji, podczas gdy chleb trafia na stół dzięki metodom nowoczesnym.

Moje miasto-przedmieście co roku organizuje Festiwal Rzemiosł Dawnych. Szeroka publiczność ma okazję zapoznać się (lub odnowić znajomość) z dawnymi sposobami tkania, szycia, robienia lodów czy kręcenia powrozów. Reprezentowane są również rzemiosła stanowiące wciąż jedyny sposób produkcji, jak np. lutnictwo czy artystyczne kucie metalu. Publiczność może na miejscu zobaczyć “jak to się kiedyś robiło”, nawet popróbować samemu swoich sił, np. przy cięciu traczem bali na deski. Przy prawie 30-stopniowym upale to średnia przyjemność na niedzielne popołudnie.

Nie żałuję ani jednej chwili tam spędzonej, a resztę niech dopowiedzą zdjęcia.

Mówiąc o zdjęciach. Na miejscu był również fotograf, który oferował portret rodzinny w tzw. strojach z epoki, samemu także będąc ubranym w stylu fin de siecle. Wszystko by się zgadzało gdyby nie fakt, że na statywie stał profesjonalny Nikon cyfrowy, i to tym aparatem wykonywano stylizowane portrety. Rozumiem, że tak musiało być. Na zapleczu siedział pomocnik i z marszu drukował portretowanym ich zdjęcia. Każdy był zadowolony. I słusznie. Szkoda jednak, że gdzieś tam, w tle, nie ustawiono przynajmniej jednego dawnego aparatu fotograficznego, żeby publiczność, a szczególnie wszechobecne dzieci miały możliwość zobaczenia na własne oczy jak wyglądał kiedyś skrzynkowy aparat fotograficzny z epoki grubo przedcyfrowej.

photo: jacobsky

***
A powinienem o wyborach. No bo w Kanadzie odbędą się wybory, i to już za miesiąc, 14-go października. Powinienem, ale jakoś nie mam energii do pisania o polityce kanadyjskiej. Dwie kampanie wyborcze toczące się równolegle to stanowczo za dużo jak na siły jednej osoby. I tak to dopiero pierwszy tydzień, wszystko się rozkręca, wszyscy dopiero się okopują. Poczekam aż wyjdą z okopów. Będzie na co popatrzeć.

Protest-song

5 wrzesień 2008 - autor: jacobsky

Poniższym tekstem wyważam prawdopodobnie otwarte dawno drzwi, ale muszę dać upust swojej frustracji. Chodzi o fotografię cyfrową, która powoli zaczyna mnie denerwować.

Problem jest zresztą stary jak stara jest elektronika na rynek konsumencki, i w ogóle elektronika: kupując dziś jakikolwiek gadżet, za godzinę stanie się on przestarzały. Problem ten istniał również w świecie fotografii niecyfrowej (po francusku mówi się argentique, od srebra, które jest podstawą chemiczną wszystkich emulsji filmowych; a jak mówi się po polsku ?). W epoce pre-cyfrowej wszyscy producenci sprzętu wypuszczali nowe modele szkła czy aparatów, i tych których albo było stać na ciągle zmiany, albo po prostu musieli iść za zmianami z przyczyn zawodowych, kupowali nowy model pożądanego sprzętu. Natomiast ci, którzy pozostali przy dawniejszych modelach tracili niewiele, ponieważ obraz i tak rejestrowany był w sposób niezależny od sprzętu, przez film. Z filmem zaś nie było żadnego problemu, bo przecież film to przedmiot jednorazowy, a więc i tak trzeba było kupować stale nowe rolki, żeby moc fotografować. W ten sposób, skoro obraz i tak utrwalany był na filmie kupowanym według potrzeb, i który to film dostępny był dla każdego chcącego fotografować, to bez względu na posiadany aparat, od “Zorki” czy “Druha” po “Contaxy”, “Hasselblatty” i inne fotograficzne cacka, ta sama jakość nośnika obrazu była dostępna dla wszystkich (oczywiście pomijam tutaj celowo jakość optyki; chodzi wyłącznie o medium utrwalające obraz).

Dziś to wszystko jest historią. Raz kupiony aparat cyfrowy, nawet jeśli stanowi on część istniejącego, rozbudowanego systemu, to staje się on niemal kulą u nogi z uwagi na wymieniony już wyżej problem z galopującym procesem starzenia się sprzetu. Przecież matryca to nie film. Ona jest zamontowana na stałe, a wraz z nią cały układ elektroniczny, który obsługuje matrycę. Aby zmienić jakość i możliwości utrwalanego obrazu trzeba po prostu wymienić aparat – rozwiązanie dostępne raczej dla wybranych (głównie zawodowców), w przeciwieństwie do tradycyjnych filmów żyjących własnym rytmem unowocześniania, ale też kosztujących tyle samo zarówno dla niedzielnych amatorów z aspiracjami, jak i dla najbardziej profesjonalnych profesjonalistów.

Pisze poniższe po tym, jak przeczytałem notkę, że oto pojawił się kolejny model z serii produkowanej przez producenta mego aparatu. A przecież nie polecę i nie dokonam wymiany, bo i po co, skoro po pierwsze: nie stać mnie na to, a poza tym pewnie i ten najnowszy model z pewnością już jest przestarzały. W końcu biura konstrukcyjne i pracujący tam inżynierowie nie spią. Przeciwnie.

A więc koniec żalów, żółć wylana. Jak się nie ma, co się lubi, to się żyje z tym, co się ma.

PS. Polonizator odpalił. Dla mnie to naprawdę wygoda, bo piszę tekst bez polskich znaków, wrzucam go do polonizatora, potem tylko sprawdzam jakość wykonanej przezeń pracy, przez co również czytam tekst, i dokonuję odpowiednich korekt.

Katastrofa

3 wrzesień 2008 - autor: jacobsky

Siadl polonizator, moja proteza jesli chodzi o uzycie polskich znakow w tekstach. A bez polonizatora jak bez polskiej czcionki. Nie mam zdrowia do recznego wstawiania “ogonkow” w tekst, zdrowia i czasu, bo przeciez rok szkolny juz sie zaczal, ud dwoch tygodni szkola, wyklady, przygotowanie do zajec – kolowrot.

Kolowrot ? Nie wypada skarzyc sie z pelnym brzuchem. Dostalem podwyzke, mam mniej zajec w porownaniu z poprzednia sesja, mniej studentow w grupach, ale za to trzy rozne kursy do przedstawienia, a wiec jest co robic. Nie mniej, jesienna sesja jest ponoc bardziej senna niz zimowa, co cieszy mnie niezmiernie. Chyba na starosc robie sie leniwy i wole pracowac, zeby zyc, niz zyc, aby pracowac.

I wlasnie z tego lenistwa nie bede wstawiac reczenie poslkich znakow. Pewnie kiedys naprawia polonizator, ktory teraz wyswietla jakis dziwny komunikat o tej mniej wiecej tresci:

dl_local(): Error during module load.

Whatever…

A powinno byc o hard core polityce, bo pewnie pognaja nas znowu do urny, abysmy chcac nie chcac wybrali kolejny rzad mniejszosciowy, znowu tej samej partii. Mowia, ze Konserwatysci tak sie spiesza z tymi wyborami, zeby zdazyc przez ewentualnym wyborem Obamy do Bialego Domu.  Byc moze.  A moze nie. Moze to jakis gambit obliczony na cos wiecej niz zwykle przetrwanie nurtu politycznego reprezentowanego przez Busha i Harpera ?

A wszystko przez ten przeklety – zaklety polonizator. To przez niego pisze dzis o niczym.

Kwak

31 sierpień 2008 - autor: jacobsky

Rano w dzienniku telewizyjnym angielsko-języcznej CBC kapsułka historyczna w związku z datą 31-go sierpnia. Czyli co ważnego wydarzyło się tego dnia.

Jedenaście lat temu, w wypadku samochodowym zginęła Lady Di.

No i dobrze, że media pamiętają o tym. Diana, gwiazda arystokratycznej kultury masowej będzie na stale błyszczeć na nieboskłonie zwanym ludzką pamięcią zbiorową, a więc nie bez przyczyny wspomina się jej śmierć – prawdziwą ucztę ery nowoczesnych mediów.

Nie, nic o Gdańsku i o “Solidarności”. Ale może nie potrzeba ? Bo mimo wszystko to właśnie “Solidarność” i Wałęsa stanowią chyba jedyne polskie akcenty zapisane na trwałe w pamięci praktycznie rzecz biorąc wszystkich napotykanych przeze mnie “tubylców” – ludzi, którzy często mają niemałe kłopoty z umiejscowieniem Polski na mapie, ale za to na słowo “Polska” reagują niemal automatycznie “Aaa ! Znam ! Solidarnoszcz, Walesa !” No i często dodają JPII na trzeciego.

Piszę powyższe jako moją odpowiedź na kolejny kwik-kwak prezydencki, wydany z okazji obchodów rocznicowych Sierpnia 80:

Panie prezydencie Kaczyński ! Choć być Pan pękł, to i tak przejdzie Pan do historii dziejów ludzkości co najwyżej jako któryś z kolei Prezydent RP. Pański jedyny błysk w świetle mediów miał miejsce wtedy, kiedy wraz z bratem-bliźniakiem objęliście ster rządów w Polsce, europejskim kraju o nowoczesnej demokracji parlamentarnej. Tę zainicjowaną w ten sposób republikę jednojajową, światowe media potraktowały jako ciekawostkę niemal przyrodniczą, i stąd Wasze pięć sekund w świetle jupiterów. Nawet Pańskie ostatnie wycieczki misyjne, z Gruzją włącznie, przeszły tutaj bez żadnego echa – taki jest wymiar Pańskiej roli w tworzeniu historii ludzkości. Patrząc od tej strony, przy Wałęsie jest Pan po prostu nikim.

Wałęsa, jaki On by nie był, to jednak legenda, symbol i dziedzictwo historii nowożytnej. Pan, Panie Kaczyński jest tylko nic nie znaczącym epizodem. Przydługim, ale jednak epizodem. Należy o tym pamiętać, kiedy otwiera się publicznie dziób i kwacze się o wydarzeniach, które od początku Pana przerosły swym kalibrem i wymiarem. Jest Pan po prostu karłem historii i warto się z tym pogodzić.